MAŁŻEŃSTWO (NIE)DOSKONAŁE
Nasze camino
Pielgrzymka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela to niezwykłe przeżycie
wspólnej drogi, modlitwy i walki ze słabościami.
ANNA I OLGIERD UNOLDOWIE
Wrocław
ARCHIWUM PRYWATNE
Pod koniec kwietnia udało nam się spełnić nasze wieloletnie marzenie, którym było udanie się na pieszą pielgrzymkę do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Dla niezorientowanych: to jeden z najbardziej znanych celów pielgrzymkowych na świecie, oprócz szlaków do Jerozolimy i Rzymu. Do grobu Apostoła prowadzi wiele tras, jedna z najstarszych zaczyna się w Oviedo w Hiszpanii – znajduje się tam słynna chusta zwana sudarium, w którą owinięto w grobie głowę Pana Jezusa. Z kolei tzw. szlak francuski zaczyna się jeszcze we Francji i liczy około 800 km długości. Do Santiago można też dojść np. północnym wybrzeżem Hiszpanii. Historia pielgrzymek do grobu św. Jakuba sięga czasów średniowiecznych, a dzisiejsze ponowne zainteresowanie szlakami św. Jakuba można wiązać z wizytami św. Jana Pawła II w Santiago. My zdecydowaliśmy się na pokonanie fragmentu szlaku portugalskiego, który zaczyna się w Porto. Mając do dyspozycji jedynie 6 dni, szliśmy tą trasą od granicy portugalsko-hiszpańskiej, nieco ponad 130 km.
Dla nas, przyzwyczajonych do specyfiki pielgrzymek organizowanych w Polsce, podczas których idzie się większymi lub mniejszymi grupami, często z przewodnikiem i nagłośnieniem, droga do Santiago była zupełnie innym rodzajem doświadczenia. Pielgrzymi przeważnie idą indywidualnie lub w niewielkich grupach, każdy w swoim tempie, najczęściej w ciszy. Od pielgrzyma zależy, w którym miejscu zatrzyma się na nocleg czy ile kilometrów danego dnia pokona. Dzisiaj może nawet słowo „pielgrzym” jest nieco na wyrost. Podczas naszej drogi tylko raz minęliśmy grupkę Hiszpanów, modlących się półgłosem.
Widzieliśmy natomiast Amerykanów z niewielkimi plecaczkami, którzy wyraźnie przemierzali odcinek trasy na czas, czy też rowerzystów w jednakowych strojach sportowych jadących na rowerach elektrycznych.
Niewielu też idących zatrzymywało się i wchodziło do przydrożnych kościołów czy kaplic (skądinąd przeważnie zamkniętych!). Według statystyk raptem połowa zmierzających do grobu Apostoła czyni to z powodów religijnych. Pomimo tego czuliśmy z idącymi jakiś rodzaj wspólnoty, podejmowanego razem wysiłku, jednego celu. Po kilku dniach rozpoznawaliśmy już twarze tych, z którymi spotykaliśmy się po drodze czy na miejscach noclegowych. Darzyliśmy się uśmiechem, aktualnymi informacjami i pokrzepiającym zawołaniem pielgrzymim: Buen camino!
Dla nas nie było to fizycznie łatwe wyzwanie. Trzeba było maszerować z pełnymi plecakami, zmagać się z przewyższeniami na trasie (choć szlak portugalski należy pod tym względem do łatwiejszych) i przez kilka dni znosić temperaturę w okolicach 30°C. Tym, co najbardziej nas pociągało, była pewna prostota tego pielgrzymiego czasu. Wcześnie rano pobudka, pakowanie, szybkie śniadanie, wyjście na trasę. Potem trud dnia i szykowanie się do noclegu. Zresztą samo pakowanie jeszcze przed wylotem do Portugalii zmusiło nas do wyboru rzeczy rzeczywiście potrzebnych i uświadomiło, jak często otaczamy się zbyt wieloma zbędnymi przedmiotami. Camino odziera idących z tego, co jest zbyteczne, z nadmiaru, który przytłacza i zasłania to, co istotne. Uczy natomiast wzajemnej zależności – niemal namacalnie doświadczamy ewangelicznego „jeden drugiego brzemiona noście” (Ga 6, 2). Kiedy coraz bardziej ubywało sił, docenialiśmy wzajemną pomoc, troskę o siebie nawzajem. Camino daje dar bycia razem, tu i teraz, skupienia się na rzeczach najprostszych, pomyślenia o sprawach najważniejszych. Czas ciszy i jednocześnie czas wspólnej modlitwy, kontemplacji cudownego dzieła stworzenia, którym jest drugi człowiek i natura. To obraz naszego codziennego życia, monotonii i niezwykłości zarazem, trudu i radości, pokonywania swoich słabości i współzależności.

