MEDIALNY RUBIKON

Popłyniecie z nami na te wyspy?

Ten numer „Nowego Życia” jest dla mnie cichym pożegnaniem papieru i głośnym
przypomnieniem o tym, jak wiele znaczą dla mnie rzeczy, które można było wziąć do ręki.

MACIEJ RAJFUR

Rzecznik prasowy
Archidiecezji Wrocławskiej

Zawsze czułem głęboki szacunek do prasy drukowanej. Wyniosłem go z domu, w którym czytanie gazet było codziennym rytuałem. Nawet gdy internet zaczął dominować, a większość informacji przeniosła się do sieci, słowo drukowane nie straciło dla mnie mocy. Wydawało mi się czymś bardziej elitarnym, wymagającym większej staranności. Choć jako dziennikarz zawsze równie wytrwale dopracowywałem zarówno teksty do sieci, jak i te przeznaczone „do papieru”, to publikacja w gazecie wciąż miała dla mnie większy ciężar. Może rzeczywiście jestem przedstawicielem „starej szkoły”. Jeśli coś ukazało się na papierze, znaczyło to, że jest sprawdzone, dopracowane i ważne.
Dynamika rozwoju technologii pokazuje jednak, że ta stara szkoła powoli odchodzi. Może pozostanie w formie niszowej, kolekcjonerskiej, ale na pewno nie będzie już tak powszechna jak 20, 30 czy 40 lat temu. Druk stanie się dobrem dla wąskiej grupy odbiorców. Owszem, są tacy, którzy wierzą, że prasa jeszcze się odbije, że wróci do dawnej świetności. Uważam ich za niepoprawnych optymistów. Pokolenia, które z przyzwyczajenia sięgały po gazety, odchodzą. Brzmi to brutalnie, ale taka jest kolej rzeczy. Zastępują je ludzie, dla których prasa drukowana właściwie nie istnieje – kojarzy im się z historią, kioskami i kurierami na rowerach. Oni mają cały świat w kieszeni, w smartfonie, dostępny w kilka sekund.
Noszę w sobie żywe wspomnienie z dzieciństwa: wracając z przedszkola czy szkoły, po drodze zachodziliśmy z mamą do kiosku. Tam kupowała moje ulubione gazety dla dzieci. Czekałem na nie z niecierpliwością. „Świerszczyk”, „Victor Junior”, „Wally Zwiedza Świat”, „Wally Poznaje Historię Świata”, „Przyjaciele z Zielonego Lasu” – pochłaniałem je natychmiast. Zabierałem na wakacje, czytałem po kilkanaście razy. Moja kolekcja przez lata leżała w piwnicy, aż w końcu – przy jakimś generalnym sprzątaniu – trafiła do kosza. Trochę żałuję, bo dziś z chęcią pokazałbym ją swoim dzieciom. Czuję nostalgię, ale też wdzięczność, że takie wspomnienia mam.
Piszę o tym wszystkim, ponieważ to ostatni papierowy numer „Nowego Życia”, który trzymacie Państwo w rękach. Pisma, które ukazywało się ponad 40 lat – kawał historii. Nadchodzi nieunikniony koniec pewnej epoki. Nie ukrywam, że to dla mnie zaszczyt móc napisać kilka słów do tego ostatniego wydania. Zachowam je na pamiątkę, by kiedyś pokazać dzieciom i wnukom. Zapewne one będą patrzeć na ten numer tak, jak ja patrzę dziś na powstańcze biuletyny sprzed ponad 80 lat.

JESTEŚMY ŚWIADKAMI
ZMIANY EPOK.

Rewolucja sztucznej inteligencji może odmienić świat co najmniej tak, jak zrobił to internet, który wywrócił media do góry nogami – i nadal to właściwie robi, choćby poprzez media społecznościowe. Nie wierzę w teorie o wielkim odwrocie, o masowym powrocie do analogowego życia. Technologia jest zbyt wygodna. Podaje nam informacje (w tym masę nieistotnych treści) natychmiast. Nie trzeba czekać, wychodzić do kiosku. Wszystko jest tu i teraz.

Zakończenie ponad 40-letniej historii „Nowego Życia” to znak czasów, w których żyjemy, ale też symbol poszukiwania nowej formuły. To także efekt zakończonego właśnie II Synodu Archidiecezji Wrocławskiej, który zajął się również strategią komunikacyjną Kościoła wrocławskiego. Jedno jest pewne: dziś trudno zainteresować media życiem Kościoła lokalnego. Liczba praktykujących spada, a Kościół ma mniejszy wpływ na codzienność mieszkańców Wrocławia, Brzegu czy Oleśnicy. Może na wsiach wygląda to inaczej, ale klimat wokół wiary i Kościoła w Polsce wy-raźnie się pogorszył.
Nie chodzi o narzekanie – przeciwnie, trzeba walczyć o uwagę. Synod, choć zaangażował tysiące osób i obejmie swoim działaniem dziesiątki, a nawet setki tysięcy wiernych, nie wzbudził dużego zainteresowania medialnego mimo prób wyjścia na zewnątrz.
Wiem, że gdybyśmy operowali skandalem lub kontrowersją, kamery pojawiłyby się natychmiast. Gdy dzwonią do mnie dziennikarze, to właśnie w takich sprawach. Kiedy jako rzecznik kontaktuję się z nimi z informacją o ciekawych wydarzeniach z życia Kościoła – jak właśnie synod – entuzjazm po drugiej stronie słuchawki wyraźnie maleje.

TO JEST WYZWANIE DLA
CYFROWEGO NASTĘPCY
„NOWEGO ŻYCIA”:
PRZYCIĄGNĄĆ UWAGĘ,
POKAZAĆ KOŚCIÓŁ
ŻYWY, RÓŻNORODNY,
BUDOWAĆ GRONO
ODBIORCÓW, KTÓRE
BĘDZIE WRACAĆ
Z CIEKAWOŚCIĄ.

Bo to właśnie liczba czytelników jest siłą tytułu. Ona sprawia, że ktoś się z nim liczy.
Od kilkunastu lat pracuję w „Gościu Niedzielnym” i widzę, że tematy wiary, Kościoła i Boga nie są medialnie skazane na porażkę. Czasem potrzeba więcej kreatywności, niekiedy po ogromnym wysiłku przychodzi smak porażki, ale nie brakuje chwil satysfakcji. Wciąż spotykam ludzi, którzy potrzebują mediów katolickich, chcą z nich czerpać informacje i mają do nich zaufanie. A zaufania nie da się kupić i nie wolno go psuć tanią sensacją.
Uczymy się (raczej powoli), że przed nami wyrósł zupełnie nowy archipelag działania: rozproszony, cyfrowy, pulsujący życiem wirtualny świat, w którym przebywa młody człowiek. Nie spotkamy go już w kościelnej ławce ani pod tablicą ogłoszeń; jego codzienność to przestrzeń online. Krótkie komunikaty, szybkie obrazy, właściwe algorytmy. Jeśli chcemy z nim rozmawiać, musimy dopłynąć tam, gdzie on już dawno jest – na te cyfrowe wyspy, które dla nas bywają obce, a dla niego są naturalnym domem. To tam toczy się jego duchowy dialog, pojawiają się jego pytania, wątpliwości i poszukiwania. I jeśli Kościół chce naprawdę być obecny, musi nauczyć się stawiać latarnie właśnie tam.
Dlatego zachęcam, by z zaufaniem przenieść się do internetu. Jestem pewien, że tam znowu się spotkamy.