Nie ma już magii papierowych gazet…

To nie tylko pożegnanie z papierowym wydaniem „Nowego Życia”, lecz także opowieść
o końcu całej epoki: kiosków Ruchu i rytuału czytania gazet. Papierowa prasa przez
dekady budowała codzienność, kształtowała opinię publiczną i była świadkiem
najważniejszych wydarzeń historii. Dziś jej miejsce zajęły ekrany smartfonów.

PAWEŁ SKRZYWANEK

Wrocław

DEPOSITPHOTOS

Gdy byłem małym chłopcem, mój dzień rozpoczynał się pewnym porannym rytuałem. Przed wyjściem do szkoły szedłem po gazety dla swojego taty. Nie był to tylko zwykły zakup prasy. Gazety kupowało się w kiosku Ruchu. Ten „mój” stał przy wejściu do parku, wtedy imienia Hanki Sawickiej, dziś Staromiejskiego, obok Teatru Lalek. Co dzisiaj w wielu aspektach wyda się zaskakujące, w czasach komuny również codzienna gazeta była towarem wyjątkowym. Dzienniki, z racji dziesiątków tysięcy nakładu, można było kupić bez kolejki, ale już tygodniki i pisma kolorowe mogły być prawdziwym rarytasem. W zaprzyjaźnionym kiosku moja rodzina miała teczkę podpisaną nazwiskiem, w której sprzedawczyni odkładała zaprenumerowane tytuły. Chyba nie było to do końca legalne i wiązało się z jakąś nieoficjalną gratyfikacją.
Od komiksów do wolnego słowa
Ta znajomość i owa teczka sprawiały, że oprócz codziennej prasy w domu pojawiały się kolorowe czasopisma, a dla mnie – w zależności od wieku – dziecięce tygodniki: „Miś”, „Świerszczyk” i „Świat Młodych”. Szczególnie ten ostatni był ważnym elementem lektury, zwłaszcza komiksowej, gdyż na łamach tej gazety ukazywały się w odcinkach przygody Tytusa, Romka i A’Tomka czy opowieści o perypetiach Kajka i Kokosza. Starsi u mnie w domu czytali „Słowo Polskie”, ostentacyjnie zaś nie kupowano „Gazety Robotniczej”, która w dawnych czasach była organem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W tym geście nie było jednak pełnej konsekwencji, ponieważ ten „organ prasowy komunistycznej władzy” prowadził bardzo dobrą rubrykę sportową.
Prasę czytano do śniadania, przy porannym posiłku komentując, czasami dość dosadnie, szarą rzeczywistość „życia w komunie”. Ci, którzy gonili za szybkością przekazu i chcieli być na bieżąco z sytuacją społeczno-polityczną, kupowali gazetę popołudniową – „Wieczór Wrocławia”. Czytelniczym rarytasem była lektura „Tygodnika Powszechnego”. Przez lata uchodził on za symbol niezależnej prasy – „jedyny między Łabą a Władywostokiem”, jak społecznie określano ten ewenement prasowy w państwach komunistycznych. W moim domu czytano także „Wrocławski Tygodnik Katolicki”. Warto poznać historię tego czasopisma, stworzonego na początku lat 50. przez Tadeusza Mazowieckiego i Ignacego Rutkiewicza, późniejszego wieloletniego redaktora naczelnego miesięcznika „Odra”. Ten ostatni tytuł był z kolei lekturą obowiązkową moich czasów licealnych i studenckich.

W cieniu cenzury
Ważnym okresem dla wrocławskiej prasy był czas tzw. karnawału Solidarności. Wrocławska prasa, podobnie jak w całym kraju, tworzyła swoją niezależność i wolność, w ślad za postulatami wolności mediów z listy postulatów sierpniowych. Symbolem tej niezależności były białe plamy na stronach gazet, które pozostawały po politycznej ingerencji cenzury. Po wprowadzeniu stanu wojennego środowisko dziennikarzy, także wrocławskich, było jedną z najbardziej represjonowanych grup zawodowych. Wielu z nich na lata pozbawiono prawa wykonywania zawodu. Wiele tytułów na mocy dekretu o stanie wojennym zawieszono, a nawet zlikwidowano. Władze komunistyczne powołały we Wrocławiu dzienniki propagandowe – takim haniebnym tytułem były np. „Sprawy i Ludzie”. Konspiracyjną odpowiedzią na te działania były wydawnictwa opozycyjne, m.in. „Biuletyn Dolnośląski” oraz „Z Dnia na Dzień”.
Narodziny „Nowego Życia” w czasie papieskiej pielgrzymki
W 1983 r. na kilka dni przed przybyciem do Wrocławia papieża Jana Pawła II, z inicjatywy abp. Henryka Gulbinowicza zaczął się ukazywać dwutygodnik archidiecezji wrocławskiej „Nowe Życie”. Pierwszy numer ukazał się 19 czerwca 1983 r., na okładce widniało powitalne zdjęcie papieża. Pierwszym redaktorem naczelnym pisma był ks. Henryk Szareyko. Po przeszło 40 latach historii tego pisma 605. numer jest ostatnim jego wydaniem papierowym.
Pożegnanie z szelestem papieru
Dziś już nie zobaczymy na ulicach, w komunikacji, w klubach prasy, przy kawie i dymie papierosowym osób zaczytanych w codziennych gazetach. Ten obraz przeszedł do historii. Papierowy szelest gazet, charakterystyczne przeglądanie wielkich stron to też czas miniony. W domach na stołach nie leżą już sterty papierowych tytułów. Dziś świat mediów przeniósł się na ekrany smartfonów i komputerów. Druk jest nieopłacalny. We Wrocławiu nie ma już kiosków Ruchu, nie ma także legendarnych gazetowych tytułów, wszystko staje się wirtualne.
Przez ostatnie lata otrzymywałem papierową wersję miesięcznika „Nowe Życie”, gościłem na stronach czasopisma ze swoimi felietonami i po prostu lubiłem je czytać, z pewną powagą przerzucając kartki. Potem gazeta przekazywana była kolejnym czytelnikom. Ten rytuał się kończy. Powoli papierowa prasa staje się historią. Trochę mi tego żal, ale pewnie takie są wymagania ekonomii. Zmieniają się nośniki, zmieniają się przyzwyczajenia czytelników, zmienia się rynek. Żegnaj więc, szeleście papierowych stron, i witaj, internetowa chmuro, gdzie będą teraz zamieszczane kolejne moje teksty.