
EWELINA GŁADYSZ
Trzebnica
Coś się kończy, coś się zaczyna
Nie lubię pożegnań. Zamykam się na nie, a nie jest to łatwe, w rodzinie bowiem nieustannie coś się kończy lub z kimś trzeba się rozstać, kogoś pożegnać. Wystarczy wspomnieć o sprawach prostych: dobiega końca rok szkolny, czas w przedszkolu, podstawówce, kończą się wakacje, praca taty, kurs mamy. Kończy się nasze życie w tym mieszkaniu i w tym mieście. Żegnamy bliskich, za którymi wyrywa się serce. Nieustanna zmiana i strata. Za nimi cierpliwie kroczy pokora, bo z czasem okazuje się, że zamykanie drzwi uczy nas jednej z najtrudniejszych prawd: tracić jest rzeczą ludzką, przypisaną do życia na stałe. Co jakiś czas jesteśmy jednak tym zadziwieniem zaskoczeni, ale wtedy w jakiś naturalny sposób, dzięki Bogu, wpuszczamy do naszego świata myśli, że coś się kończy, coś się zaczyna.
W nowe można wchodzić z lękiem i niepewnością, ale można też z otwartością, ufnością, nadzieją. To od tego, jak szeroko otworzymy serce, zależy, jakie będzie nasze spotkanie z tym, co nadchodzi. Idąc jednak krok dalej: to, jak szeroko możemy otworzyć serce, zależy od tego, czego to serce doświadczało dotychczas.
Często, gdy moje dzieci wchodzą w coś nowego, staramy się z mężem dać im poczucie zakotwiczenia. Budujemy tę kotwicę dzień po dniu i ma ona prosty przekaz: „Jesteśmy”. W różnych twoich sukcesach, sprawach ważnych, za którymi chcesz pobiec, ale i w twoich niedociągnięciach, zmaganiach – jesteśmy z tobą. Możesz się potknąć, przewrócić, możesz zmienić zdanie, nie wiedzieć – my tu jesteśmy.
I podobnie moja myśl krąży wokół „Nowego Życia”. Chcę powiedzieć: „My tu jesteśmy”. Ludzie, którzy tworzą to pismo, którzy przez lata mu towarzyszą, czytelnicy, sympatycy. My tu jesteśmy. Trzymamy kciuki! Ufając metaforze drogi, w której koniec jest często początkiem, a zachwyt nad dotychczasowym szlakiem prowadzi do tego, by wyznaczać sobie kolejne szczyty, szepczemy pełne pokrzepienia: „Odwagi!”.

