Z pamiętnika Pluszowego Mnicha

Gienek, Fryderyk i Abraham

ILUSTRACJA MWM

– Gdzie on się podziewa – powiedział Gienek zniecierpliwionym głosem. – Fryderyku! Schodź wreszcie.
Pluszowy Mnich już od jakiegoś czasu czekał z księdzem Piotrem przy samochodzie na podwórku przed plebanią, szykując się na wyjazd na rekolekcje ewangelizacyjne. Czekała ich dość długa podróż, dlatego chcieli wyjechać wcześniej.
– Wszystko mamy już spakowane: plakaty i ulotki zapraszające na spotkanie, transparent z hasłem „Jezus Cię kocha”, gitarę, przenośny głośnik – wyliczał Gienek. – Tylko tego małego szopa pracza ciągle nie ma.
– Naprawdę musimy już jechać. – Ksiądz Piotr też zaczynał powoli się niepokoić. – Może zobacz, co on tak długo robi.
Mnich pobiegł szybko do domu i po chwili szukania oraz nawoływania znalazł Fryderyka siedzącego w fotelu i zawiniętego w koc.
– A ty co się wygłupiasz? – zawołał Gienek. – Przecież mamy jechać na ewangelizację!
– Nie jadę – mruknął spod koca szop. – To i tak nie ma żadnego sensu. Ja się nie nadaję do takich rzeczy. Nic mi nigdy nie wychodzi, więc może pojedźcie sami, to wam wyjdzie lepiej beze mnie. Jestem stary i zmęczony.
Gienka zamurowało.
– Ty? Stary? Wiem, że gdybyś był prawdziwym szopem, to twój wiek byłby sędziwy, ale jesteś pluszakiem i to w dodatku bardzo dobrze traktowanym, więc jeszcze wcale taki stary i zużyty nie jesteś. Co cię dzisiaj dopadło?
– Nic. Tak po prostu jest: nigdzie nie chce mi się iść, więc nie idę i tyle. – Freddy zakręcił się na fotelu i jeszcze szczelniej owinął się nakryciem. – I nie! Nie mam depresji! – dodał spod koca warczącym głosem.
– Drogi przyjacielu – powiedział Gienek już spokojnym i łagodnym głosem – gdybyś miał depresję, to byłaby to naprawdę poważna choroba, z której nie żartujemy. Ale nigdy nie słyszałem o tym, by szopy, a zwłaszcza pluszowe, chorowały na depresję. 

Natomiast przypominasz mi trochę Abrahama, który tak siedział w domu w Charanie i wcale nie zamierzał z niego wychodzić. Myślał, że życie już mu przeszło, nic mu się nie udało i nie ma co sobie głowy czymkolwiek zawracać.
– A tu nagle usłyszał głos Pana Boga: Wyjdź z twojego domu do kraju, który ci wskażę! – oznajmił głośno ksiądz Piotr, który właśnie wszedł do pokoju. – Fryderyku! Bądź odważny! Ja wiem, że tak naprawdę to po prostu się martwisz, że może nic z naszej akcji nie wyjść i dlatego nie chcesz nawet zacząć.
Szop wysunął swój łebek i zamrugał oczami.
– Prorok z księdza czy jak? – zapytał.
– Nie prorok, tylko dobry obserwator. Już wczoraj narzekałeś i wspominałeś nasze poprzednie wyjazdy misyjne, które nie za bardzo ci się podobały. I przypominałeś, niby żartem, jak przyszła ulewa i na spotkanie prawie nikt nie przyszedł. Więc połączyłem te dwie rzeczy: twoje wczorajsze narzekanie i dzisiejszy smutek.
– To prawda – szepnął Fryderyk. – Już przecież nie pierwszy raz to robimy. Za każdym razem próbujemy inaczej i za każdym razem coś stoi na przeszkodzie. To pomyślałem, że może trzeba dać sobie spokój.
– Dlatego Pan Bóg posyła dzisiaj swoje słowo o Abrahamie, który, jak św. Paweł stwierdził w Liście do Rzymian: „wbrew nadziei uwierzył nadziei” – powiedział ksiądz. – Nie bój się. Abraham wyruszył w drogę, choć też nie wiedział, ani co go tam czeka, ani nawet którą drogą iść. A jednak uwierzył Bogu i dzięki temu jest dla nas ojcem wiary.
– Tak też myślałem, że na końcu to tutaj chodzi właśnie o wiarę – podsumował Gienek. – Jeżeli mamy wiarę, że Bóg nas tam posyła, to wierzę też, że On przygotuje nam ludzi, którzy naprawdę potrzebują naszej misji! Nie bój się więc!
– Już mi trochę lepiej. – Freddy uśmiechnął się i wyskoczył spod koca. – No to na co czekamy?
I w trójkę uśmiechnięci i pełni nadziei ruszyli w drogę.

KS. PIOTR NARKIEWICZ