MEDIALNY RUBIKON

Dziewięciodniowe zawieszenie broni?

Są historie, które na chwilę porządkują chaos. Pokazują, co naprawdę jest ważne,
a co tylko głośne. Ostatnio wydarzyły się w Polsce dwie takie sytuacje. Jedna przyszła
z tragedii, druga – z energii młodych ludzi.

MACIEJ RAJFUR

Rzecznik prasowy
Archidiecezji Wrocławskiej

Oba zdarzenia zostawiły po sobie coś więcej niż tylko nagłówki. Pierwsze to przedwczesna śmierć posła Łukasza Litewki. Zginął on potrącony przez samochód, gdy jechał na rowerze. Miał zaledwie 36 lat. Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych parlamentarzystów – co nie wynikało ani ze skandali, ani z politycznych awantur. Wręcz przeciwnie. Zapamiętano go jako człowieka od pomagania: organizował zbiórki, nagłaśniał dramaty zwykłych ludzi, mobilizował internet do działania. Tam, gdzie inni produkowali słowa, on dostarczał konkret. Dlatego jego śmierć tak silnie poruszyła opinię publiczną – był wyjątkiem, który potwierdzał regułę. Nie da się ukryć, że wyróżniał się pozytywnie pośród polskiej klasy politycznej.
Drugie wydarzenie, które pośrednio łączy się z posłem Litewką, to zbiórka pieniędzy na dzieci chorujące na nowotwory, którą w tym samym okresie zorganizował młody chłopak o pseudonimie Łatwogang. Wcześniej zapewne Państwu (i mnie również) nieznany. Przez 9 dni bez przerw w internetowej transmisji na żywo zachęcał ludzi do wpłacania środków na walkę z rakiem. Kiedy zaczęli dołączać do niego celebryci, aktorzy czy influencerzy, pojawił się efekt kuli śniegowej i akcja szybko uzyskała rozmiar potężnej lawiny. Ostatecznie 23-latek w swojej małej kawalerce w Warszawie zebrał niebotyczną kwotę 282 milionów złotych. To był zryw cyfrowy, jakiego współczesna Polska jeszcze nie widziała. Internet, tak często oskarżany o psucie świata, tym razem zadziałał jak najlepiej naoliwiona maszyna dobra. Cała, niezwykle spontaniczna inicjatywa udowodniła, jak mocno Polacy potrafią zjednoczyć się oddolnie, by pomóc w słusznej sprawie.
Część komentatorów życia publicznego zwróciła uwagę, że to symboliczne przekazanie pałeczki od posła Litewki Łatwogangowi. Ten pierwszy już nie może tu na ziemi pomagać, zaś ten drugi dopiero co pokazał, że z niewielkiego mieszkanka w bloku jest w stanie poruszyć cały kraj. Wyjątkowa 9-dniowa transmisja na żywo będzie jeszcze zapewne obiektem analiz socjologów. Bez wątpienia daje nadzieję i porusza serce. I choć przy takiej skali nie zabrakło prób ogrzania się w blasku akcji przez celebrytów, trudno się tym przesadnie oburzać. Można narzekać, ale – nie bądźmy naiwni – to było nieuniknione. Nawet najbardziej szlachetne przedsięwzięcia przyciągają domieszkę próżności – taka jest ludzka natura.
Nie wiem, czy zwrócili Państwo uwagę na jeden szczegół. Historyczna transmisja i zbiórka pieniędzy, którą śledziły miliony Polaków, zakończyła się o godzinie 21.37. Oczywiście nieprzypadkowo. Raper Bedoes, jeden z inspiratorów i uczestników całej akcji, wyznał w mediach, że jest człowiekiem wierzącym w Boga i godzina śmierci św. Jana Pawła II jest dla niego bardzo ważna. „Jedną rzeczą, jaka łączy nasz kraj, jest godzina 21.37” – powiedział. To bardzo ciekawe. W czasie, gdy dla wielu młodych Jan Paweł II stał się memem, a godzina jego śmierci bywała nieraz obiektem drwin (np. młodzi prześmiewczo śpiewali Barkę i tańczyli do niej), nagle 28-letni bardzo popularny raper mówi coś takiego. 

Bez ogródek. Może nie jest jeszcze tak źle z naszym światem? Może ta przyszłość nie rysuje się tylko w czarnych barwach?


MOIM ZDANIEM TO BARDZO
WAŻNE ŚWIADECTWO, PONIEWAŻ
TYM RAZEM NIKT SIĘ NIE ŚMIEJE.
KONTEKST MA ZNACZENIE.
W ODPOWIEDNIEJ CHWILI NAWET
NAJBARDZIEJ WYŚWIECHTANE
SYMBOLE ODZYSKUJĄ POWAGĘ.


Spróbujmy sobie wyobrazić, że na antenie Radia Maryja jakaś starsza radiosłuchaczka proponuje, żeby ten 9-dniowy stream Łatwoganga zakończyć o 21.37, w hołdzie dla Jana Pawła II. Przecież gdyby takie nagranie stało się wiralem i rozeszło się po polskim internecie, to wyłącznie w sposób prześmiewczy. Młode pokolenie nie zostawiłoby na seniorce suchej nitki. Dlatego słowa 28-letniego rapera, od którego piosenki zaczęła się internetowa walka z rakiem, mają moc.
Przy tym całym charytatywno-medialnym zamieszaniu pomyślałem, że tak jak my, Polacy, jesteśmy zawodowcami w szybkim jednoczeniu się wobec wspólnego wroga (tu: choroby nowotworowej), tak samo błyskawicznie potrafimy później szczuć na siebie nawzajem. Pokazały to śmierć Jana Pawła II, katastrofa w Smoleńsku, pandemia czy też wojna na Ukrainie oraz kryzys uchodźczy. Najpierw wszystko działo się po bratersku, a potem rzucaliśmy się sobie do gardeł.
Akurat tym razem ta burza nie okazała się duża, ponieważ sam Łatwogang szybko odpolitycznił akcję zdecydowanymi deklaracjami. Politycy nie pokazywali się na ekranie transmisji, chociaż celebryci i dziennikarze związani mocno z różnymi stronnictwami już tak. To powodowało natychmiastową lawinę krytycznych komentarzy pod transmisją i pokazało, że młodzi (jakaś ich część) mają dość podziałów. Nie chcą się już dawać rozgrywać i nie mają ochoty wszędzie wstawiać polityczno-światopoglądowych dywagacji. Potrafią być od tego wolni w pewnych momentach i pilnują tych przestrzeni jak świętości. To internet w tym całym antynowotworowym pospolitym ruszeniu okazał się „czystą wodą w kranie”, a nie różne stacje telewizyjne. Rząd dusz sprawowany przez telewizyjne koncerny kończy się na naszych oczach. To dla mnie kolejne światełko nadziei na przyszłość i pozytywny efekt uboczny takich akcji, jak ta zainicjowana przez Łatwoganga.
Medialne elity III RP – czy im się to podoba, czy nie – nie będą już grały pierwszych skrzypiec. Dla młodzieży są pokoleniem, które musi przeminąć wraz ze swoimi przywarami. A ich następcy – na to liczę – mają mniej koniunkturalną mentalność. A może to tylko myślenie życzeniowe na podstawie jednej jaskółki, która – zgodnie z przysłowiem – wiosny nie czyni? O tym z pewnością przekonamy się w najbliższych latach.