
PIOTR SUTOWICZ
Wrocław
Kto tu rządzi?
Czesław Śliwa – czy komuś z czytelników mówi coś to nazwisko? Starsi może sobie coś przypomną z autopsji, nieco młodsi – z popkultury. Większości pewnie skojarzy się wyłącznie z drzewem owocowym. Przypominam więc: przywołana osoba – chociaż posługiwała się wieloma nazwiskami i rzecz była bardziej skomplikowana – to oszust działający m.in. we Wrocławiu, gdzie w końcu lat 60. założył fałszywy konsulat austriacki. Uwierzyli mu nie tylko zwykli obywatele, którzy mogli nie wiedzieć, jakie są zasady działania konsulatów i przedstawicielstw dyplomatycznych, lecz także elita, tzn. władze państwowe i partyjne oraz oczywiście media lokalne. W czasach, kiedy biurokracja i kontrola rządzących nad każdym działaniem obywateli zdawały się całkowicie szczelne, uwierzyły polskiemu oszustowi, podobno żydowskiego pochodzenia, na słowo i zaczęły mu pomagać w uruchomieniu placówki. Uznano, że skoro mówi, iż jest konsulem, to jest konsulem i tyle. Trochę pokazuje to film fabularny Konsul z końca lat 80., w którym w rolę oszusta wcielił się Piotr Fronczewski. Gra on na tyle dobrze, że nawet oglądający mogliby się nabrać na mistyfikację, choć wiedzą, co oglądają.
Po co to przypominam? To ciekawa i pouczająca historia, która moim zdaniem jest dobrym przykładem tego, że oszukując, można w realiach współczesnego państwa udawać, że ma się władzę i wpływy, i wszyscy w to uwierzą. Może to mieć jeszcze dalsze konsekwencje – udając posiadanie władzy, można zdobyć wpływy, chociaż realna władza będzie gdzie indziej. Mistyfikacja taka może mieć charakter bardziej systemowy. Być może Czesław Śliwa wpadł w ręce socjalistycznej sprawiedliwości, ponieważ tego nie rozumiał. Działał sam, a obszar, w którym działał, był trudny – w końcu przecież władze Austrii dowiedziały się o działalności „swojego dyplomaty” i zaczęły protestować. Gdyby na przykład ogłosił się wybitnym literatem albo marksistowskim postępowym myślicielem i zaczął pisać jakieś grafomańskie publikacje, to może zrobiłby autentyczną karierę. Mógł zrobić coś najprostszego: zapisać się do PZPR i zacząć odgrywać działacza partyjnego, co być może skończyłoby się wyborem do Komitetu Centralnego. Był jednak Śliwa człowiekiem zbyt „szczerym”, by pójść tą drogą, taka „łatwizna” go nie interesowała. Wybrał zdemaskowanie fasadowości systemu.
Przytoczę jeszcze słowa Śliwy, wypowiedziane w więzieniu do kamery w ramach filmu dokumentalnego: „Jestem przekonany, że w obecnej chwili znajdują się jeszcze ludzie na wolności, którzy również są mistyfikatorami. Tak samo potrafią przyjmować jakieś komiczne swoje pozy czy jakoś, bliżej, śmieszne uniformy. Uważają się za Bóg wie kogo i wielkiego”. W dzisiejszym świecie słowo „jeszcze” nie jest chyba najlepszym, by oddać rzeczywistość, wydaje mi się bowiem, iż od czasów Śliwy coś, co było czymś nienormatywnym, przybrało niestety cechy standardu.

