Co po nas spływa?
Czy wciąż gromadzimy dobra, by zaspokoić nasze słuszne
potrzeby? A może czas, aby podzielić się z ubogimi?
PAWEŁ TRAWKA
jałmużnik arcybiskupi
Święty Ambroży, Hieronymus Wierix, 1586 r.,
rycina, Rijksmuseum, Amsterdam
WIKIMEDIA COMMONS
Urlopy, wakacyjne wyjazdy – te bliskie i te zupełnie egzotyczne. Czego od nich oczekujemy i co tak naprawdę wyrażają? Czy są owocem naszej roztropności i pracy, czy raczej modnym sposobem na zdobycie kolejnego zdjęcia bądź filmiku do opublikowania w mediach społecznościowych? Czy nie posiadamy już tego, co Kościół od dawna nazywa „dobrami zbywającymi”?
Dobra zbywające – bona superflua – to termin techniczny, ale jego znaczenie jest bardzo konkretne i coraz bardziej aktualne także w polskiej rzeczywistości. Żyjemy dziś w jednym z 25 najbogatszych krajów świata, a jednocześnie dobrze wiemy, że „nasza polska bieda” jest tuż obok. Klasyczna teologia moralna i społeczne nauczanie Kościoła mówią jasno: to, co przekracza nasze słuszne potrzeby i potrzeby tych, za których jesteśmy odpowiedzialni, powinno zostać przekazane potrzebującym.
Jest w tym nauczaniu pewna nieostrość – gdzie dokładnie przebiega granica naszych słusznych potrzeb? – ale jest też radykalizm, którego trudno nie zauważyć. W świecie konsumpcji, gromadzenia rzeczy, doświadczeń i subskrypcji myślenie to wydaje się obce. A jednak warto postawić sobie uczciwe pytanie, czy jest ono obecne w moim katolickim stylu życia.
Przed kilkoma laty w archiwach Caritas natrafiłem na pożółkły maszynopis z odręcznym tytułem „Materiał orientacyjny 1958 r.”. Zawierał on m.in. myśli z przemówienia bł. kard. Stefana Wyszyńskiego. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć: „Dobra zbywające to nie dobra «spływające»”. Prymas odnosił to do plagi alkoholizmu, ale trudno nie dostrzec aktualności tych słów także dziś – w świecie wczasów all inclusive.
Podobnie pisał św. Jan Paweł II w encyklice Centesimus annus: „w samym systemie gospodarczym nie ma kryteriów pozwalających na poprawne odróżnienie nowych i doskonalszych form zaspokajania ludzkich potrzeb od potrzeb sztucznie stwarzanych” nr 36). Dlatego – jak podkreślał kard. Wyszyński – trzeba „przełamać samolubstwo, panoszący się i rozszerzający w życiu społecznym egoizm. Winniśmy często mówić, wskazywać i uczyć samoograniczania”. Papież Polak w cytowanym akapicie idzie jeszcze dalej: przypomina nie tylko obowiązek dzielenia się „z tego, co «zbywa»”, lecz także „czasem nawet z tego, co «potrzebne», by dać ubogiemu to, co dla niego jest niezbędne”.
Brzmi to wymagająco – może nawet zbyt ostro. Sam widzę, jak bardzo buntuje się we mnie serce, jak przyklejone jest do mnie oczekiwanie korzystania z owoców własnej pracy, cieszenia się tym, co uczciwie zdobyte – to pragnienie jest w nas naturalne i samo w sobie dobre. A jednak właśnie w tym miejscu pojawia się ważne napięcie, które podejmuje papież Leon XIV w adhortacji Dilexi te. Nie jest to myśl nowa: wyrasta z jego augustiańskiej duchowości, a św. Augustyn przejął ją od swojego mistrza, św. Ambrożego. U jej podstaw leży jedno z kluczowych przekonań katolickiej nauki społecznej: Bóg przeznaczył ziemię i wszystko, co ona zawiera, dla wszystkich ludzi i narodów. Oznacza to, że dobra stworzone powinny docierać do wszystkich w sposób sprawiedliwy – pod przewodnictwem sprawiedliwości i w towarzystwie miłości.
Dlatego Papież przypomina słowa św. Ambrożego: „Nie obdarowujesz przecież biedaka ze swego, lecz zwracasz mu to, co jest jego własnością” (Dilexi te, nr 43). To z kolei jest echem jeszcze wcześniejszego pytania św. Pawła: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśli otrzymałeś, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?” (1 Kor 4, 7). W tej perspektywie nasze posiadanie przestaje być absolutne – staje się odpowiedzialnością.
I tu dochodzimy do punktu kluczowego: nie chodzi tylko o obowiązek, ale o łaskę. O dojrzewanie do postawy radosnego dawania. Nasze wsparcie nie ma wypływać z wierności doktrynie czy współczucia i potrzeby wyrównania szans. Jest realnym spotkaniem z Chrystusem obecnym w ubogim.
To postawa, którą można w sobie budować we współpracy z łaską. Wtedy zmienia się serce – i stajemy się radosnymi dawcami miłowanymi przez Boga (por. 2 Kor 9, 7).
Papież Leon XIV przypomina: „Najwyższy nie pozwala się prześcignąć w hojności wobec tych, którzy służą Mu w najbardziej potrzebujących: im większa miłość do ubogich, tym większa nagroda od Boga” (Dilexi te, nr 45).
I może właśnie tu warto wrócić do punktu wyjścia. Do naszych urlopów, planów, marzeń o odpoczynku. One same w sobie nie są niczym złym. Ale nie są też naszą nagrodą ostateczną. Nie tam rozstrzyga się wartość naszego życia. Prawdziwa nagroda dojrzewa tam, gdzie uczymy się dawać – czasem z tego, co „zbywa”, a czasem z tego, co naprawdę kosztuje.

