KS ANDRZEJ DRAGUŁA

Zielona Góra

Bóg przed (teatralnym) sądem

Czy Bóg istnieje? – to pytanie zajmuje raczej teologów i filozofów niż sądy powszechne. A jednak… Od tego właśnie rozpoczyna się spektakl System Sulta w reż. Mateusza Pakuły, na podstawie powieści Macieja Miłkowskiego, grany w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Profesor Sult jest wybitnym filozofem, któremu pewien sąd cywilny zleca sporządzenie ekspertyzy w kwestii istnienia Boga. Od jego opinii może zależeć bezprecedensowy wyrok w sprawie odzyskania pieniędzy rzucanych na tacę. Bo jeśli Boga nie ma, to i zbieranie tacy było bezprawne. Profesor powołuje więc komisję złożoną z pisarza, lekarki, psychologa, księdza, reżyserki teatralnej i przeciętnego Kowalskiego vel Nowaka. Taki dobór ekspertów miałby gwarantować bezstronność. Prócz wstępnego, najważniejszego pytania komisja musi rozważyć także inne kwestie: jaki jest pozytywny i negatywny wpływ religii oraz jakie mogą być społeczne konsekwencje wydanego orzeczenia.
Początek jest obiecujący. Debata nad filozoficznymi dowodami jest intelektualnie bardzo zajmująca: są św. Tomasz z Akwinu, Anzelm z Canterbury, Tertulian czy Bertrand Russell. Okazuje się, że ksiądz jest nie tylko teologiem, lecz także profesorem fizyki (jak ks. Michał Heller), więc sprawnie odpiera ciosy. Analizowane są argumenty moralne, z uniwersalności religijności i z powszechnego pragnienia szczęścia. Potem jest słabiej. Debaty o społecznej roli religii i współczesnym Kościele stają się dość jednostronne, a problem Boga zostaje sprowadzony do kwestii pedofilii księży. Zresztą wnioskowanie o istnieniu Boga na podstawie społecznych skutków religii jest logicznie wątpliwe.
Wielokrotnie już pisałem, że prawdziwie zajmujące są pytania o Boga, a nie o Kościół. Te drugie bowiem siłą rzeczy dryfują ku aktualnej publicystyce i grzeszą doraźnością. God is the only reality, jak pisał poeta Coventry Patmore. Nie będę ujawniał zakończenia, dość powiedzieć, że ostatecznie wygrywa Sult, który jako zadeklarowany ateista wcale nie jest taki bezstronny, a poza tym bardziej interesował go stan społecznie pożądany: Czy warto, by Bóg był?
Spektakl gra na stereotypach, co też czyni go bardzo wyrazistym. Pisarz jest wulgarnie antyklerykalny, lekarka pozornie intelektualnie higieniczna, reżyserka to przedstawicielka irracjonalnej nowej duchowości wszystkich istot, psycholog wszystko sprowadza do mechanizmów obronnych i poczucia winy. Pośrodku siedzi przeciętny Kowalski o twarzy Chrystusowej – jego tajemnicza obecność wciąż przypomina, że kwestia Boga jest de facto poza oceną komisji. Są w tym spektaklu naprawdę zajmujące fragmenty, jak ten o pięknie, z którego można poznać Boga, o cudowności cudów wyjaśnionych czy o głodzie i jedzeniu jako metaforze pragnienia Boga. A wszystko zabawne i w przerwach obrad przetańczone. Summa summarum, mimo zastrzeżeń warto zobaczyć.