Biblia pedagogiki relacyjnej

Czy biblijne modele wychowawcze mają rację bytu w dobie nowoczesnych akademii?
Odpowiedź kryje się w pedagogice relacyjnej, której przykłady odnajdujemy
w relacjach św. Pawła z Tymoteuszem czy Gamalielem.

ANNA RAMBIERT-KWAŚNIEWSKA

Wrocław

Zajęcia z dziećmi w Salezjańskiej
Szkole Podstawowej

ZDJĘCIE WWW.SALEZ-WROC.PL

Narodziny akademii bądź uczelniane reorganizacje zawsze są dobrą okazją do refleksji na temat mistrzów i ich uczniów oraz samego procesu uczenia. Ponieważ jednak wpisuje się to w kompetencje specjalistów od edukacji, czyli pedagogów, zatrzymam się jedynie na tym, co przynależne teologom, czyli na strategiach edukacyjnych, które zaobserwować można na kartach Pisma Świętego, i ujmę temat w kluczu pedagogiki relacyjnej. Rekonstrukcja żydowskiej edukacji wyłącznie na podstawie tekstów natchnionych nie należy do łatwych, niemniej można wyłuskać pewne informacje.
Tym, co narzuca się jako pierwszy i najważniejszy porządek, jest hierarchia wieku, a więc i właściwie rozumianego poddaństwa (nie mówimy tu o poddaniu niewolniczym), następnie większy zasób wiedzy i doświadczenia, a wreszcie ogólnie pojęta wyższość kompetencji, które w naturalny sposób modelują relacje pomiędzy wychowującym a wychowywanym; kształtującym a kształconym.
Starszy i młodszy
Z zasady edukacja podporządkowana jest kategoriom wiekowym. Już starożytni na drodze obserwacji ukuli modele wychowawcze, które zakładały stały rozwój kompetencji wychowanka. Podporządkowana kryteriom wiekowym edukacja dotyczyła zarówno wychowania dzieci w zaciszu domowym w środowiskach żydowskich, jak i ich funkcjonowania w instytucjach pokroju gimnazjonu. W domu pieczę nad dziećmi sprawowała najpierw matka, następnie chłopcy trafiali w wieku ok. 7 lat pod opiekę ojca, zaś dziewczęta wciąż uczyły się pod uważnym okiem innych kobiet. W świecie greckim wychowanie wspomagał również opiekun zwany paidagōgos – zwykle niewolnik, do którego obowiązków należało edukowanie, a także nadzorowanie młodzieży uczęszczającej do szkół. Owo starszeństwo wychowawców, czy to rodziców i krewnych, czy to pedagogów, a w szkołach również nauczycieli (jak didaskalos, grammatistēs nauczający pisania, mousikos od tajników muzyki czy paidotribēs i gymnastēs – starożytni trenerzy personalni), budowało relację wychowawczą na fundamencie naturalnych autorytetów. Taki sposób kształcenia uczniów dostrzega się również w Nowym Testamencie, choćby w relacji św. Pawła i Tymoteusza, którego sam apostoł nazywał zresztą umiłowanym i wiernym dzieckiem w Panu (1 Kor 4, 17). Zapewne wynikało to nie tylko z apostolskiego zwierzchnictwa Pawła, lecz także z serdecznej relacji starszego nauczyciela z młodszym o ok. 25–30 lat uczniem.
Mentor i towarzysz
Sukces często związany jest ze skutecznym mentorowaniem przez człowieka, który towarzyszy drugiemu w rozwoju – zwłaszcza gdy kształcony jest izolowany i budzi wątpliwości środowiska. Dobrego mentora potrzebował więc apostoł Paweł, który nawet po swojej spektakularnej przemianie – gdy z prześladowcy i wspólnika przemocy stał się gorliwym wyznawcą Mesjasza (Dz 9, 1-19; 22, 3-16; 26, 9-18) – wciąż budził przestrach i wątpliwości, a współwyznawcy nie wierzyli, że naprawdę został uczniem (9, 26). Kto nim był? Starszy i cieszący się poważaniem Barnaba, który „przygarnął go i zaprowadził do Apostołów, i opowiedział im, jak w drodze [Szaweł] ujrzał Pana” (9, 27). W ten sposób nie tylko autoryzował misję Pawła, lecz także zapewne niejednokrotnie go korygował, towarzysząc mu w pierwszych wystąpieniach. Ich wspólna droga trwała przynajmniej kilka lat, aż do sporu o Marka i obrania innych celów misyjnych (15, 36-40). Pomimo ostatecznego konfliktu Barnaba pozostawał dla Pawła postacią kluczową, tym, który otworzył mu drzwi i drogę do wielu serc.
Innym przykładem mentoringu, choć z pewnością niepopularnym, była w starożytności relacja małżeńska. Rekrutujący się z wyższych warstw społecznych chrześcijanie borykali się z kłopotliwymi możnymi kobietami, które w czasach hellenistycznych po raz pierwszy w historii cieszyły się dość dużą swobodą zarówno ekonomiczną, jak i społeczną.

A skoro zarządzały własnymi majątkami, chciały mocą swoich pieniędzy sprawować zarząd nad gminami chrześcijańskimi, tak jak czyniły to bogate Żydówki we własnych środowiskach. Kłopotem pozostawało jednak ich niedostateczne wykształcenie, które czyniło z nich cenny łup dla fałszywych nauczycieli. Kobiety te, wchodząc w związki małżeńskie z miłości, często wbrew dominującej do niedawna roli paterfamilias (ojca rodziny), stawały się faktycznymi relacyjnej głowami swoich gospodarstw domowych. Taki układ stwarzał nie tylko ryzyko ewentualnych odstępstw, lecz także realne zagrożenie dla samych Kościołów, które, jak można wnioskować z treści Dziejów Apostolskich, spotykały się w domach klasy średniej i elit miejskich, w tym w domach kobiet (zob. Dz 16, 14-15). Paweł reaguje na kobiecą uzurpację władzy m.in. w Koryncie i Efezie dość radykalnie, co doskonale ilustrują słowa: „Kobieta niech się uczy w ciszy, w pełnym poddaniu. Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też rozporządzać mężczyzną, lecz niech trwa w ciszy” (1 Tm 2, 11-12, tłum. własne). Miejmy jednak świadomość, że apostoł nie chce zniewolić kobiet czy umniejszać ich roli, ale wskazać im właściwą drogę, gdy niewiedza zagraża porządkowi: „jeśli kobiety pragną się czego nauczyć, niech zapytają w domu swoich mężów! Nie wypada bowiem kobiecie przemawiać na zgromadzeniu” (1 Kor 14, 35 BTP). Współmałżonek (tak mężczyzna, jak i kobieta) również może być skutecznym mentorem i nie ma w tym nic zdrożnego.
Mistrz i uczeń
Wspomnieliśmy o wychowaniu systemowym i o mentoringu. Oba te modele realizowane są w najbardziej rozwijającej relacji ucznia i mistrza. Trafnym przykładem wydaje się znów osoba św. Pawła. Gdy apostoł z Tarsu był jeszcze młodzieńcem, który zapewne już przeszedł kilka stopni edukacji, jako przedstawiciel faryzeizmu z diaspory postanowił poszukać mistrza, czyli wspiąć się na najwyższy szczebel edukacji. Znalazł go ostatecznie w osobie Gamaliela (Dz 22, 3), wnuka słynnego Hillela. Droga, którą podążył jako prześladowca chrześcijan, zaskakuje, ponieważ wzrastał u stóp mistrza ostrożnego, zachowawczego i bezsprzecznie roztropnego (zob. 5, 38-39).
Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej, kluczowej z punktu widzenia Kościoła relacji: Mistrza i apostołów, którzy mieli wyjątkowy zaszczyt przeżycia trzyletniej formacji u stóp najdoskonalszego z Nauczycieli. Do takiej formy edukacji, choć z perspektywy doczesnej, mniej bezpośredniej, wezwani jesteśmy także my, którzy spotykamy tego samego Mistrza w liturgii i słowie. Ale to już zupełnie inna forma edukacji, która wymaga radykalizmu i sakramentów oraz trwania w eklezjalnej jedności.
Strategie pedagogiczne
Choć w kontekście starożytnym posługiwanie się pojęciem pedagoga może być nieco mylące, zważywszy na częstokroć niski status paidagōgosa, odwołajmy się do jego współczesnego statusu i pedagogiki jako dojrzałej dziedziny wiedzy. Krótki przegląd biblijnych relacji wychowawczych pozwala dostrzec, jak istotne są zwłaszcza dwie postawy: odczuwanej przez nauczyciela troski o rozwój ucznia (świetnie ilustrowanej przez dialog Jezusa z bogatym młodzieńcem, zob. Mt 19, 16-22; Mk 10, 17-22; Łk 18, 18-23) oraz otwartości ucznia i jego poddania się prowadzeniu mistrza. Nie mówię tu o uczniowskiej naiwności, która pozwala nauczycielowi nadużywać władzy, ani tym bardziej o całkowitym porzuceniu autonomii, lecz skupiam się na umiejętności czerpania z doświadczeń kogoś bardziej kompetentnego oraz na otwartości na korekty sposobu działania i myślenia. Tylko wówczas edukacja staje się wspólną drogą do wzrostu, a nie polem nieustannie toczonych walk. Wydaje się zatem, że kluczem do skutecznej edukacji relacyjnej, również tej, którą maluje przed czytelnikiem Pismo Święte, jest pokora – tak ze strony ucznia, jak i nauczyciela.