Wychowanie do odpowiedzialności

„Wolność oznacza odpowiedzialność, a tego większość ludzi się obawia” – pisał ponad sto lat temu George Bernard Shaw,
irlandzki laureat literackiej Nagrody Nobla. Dziś, gdy coraz częściej mówi się o prawach, a coraz rzadziej o obowiązkach,
słowo „odpowiedzialność” brzmi niemalże jak relikt minionej epoki.

MAŁGORZATA WANKE-JAKUBOWSKA

Wrocław

DEPOSITPHOTOS

Jan Paweł II w książce Pamięć i tożsamość pisał: „Specyficzne pojmowanie wolności, które szeroko rozpowszechnia się dziś w opinii publicznej, odsuwa uwagę człowieka od odpowiedzialności etycznej. To, na czym koncentruje się uwaga, to sama wolność. Mówi się: ważne jest, ażeby być wolnym i wykorzystywać tę wolność w sposób niczym nie skrępowany, wyłącznie według własnych osądów, które w rzeczywistości są tylko zachciankami. To jasne: jest to forma liberalizmu prymitywnego. Jego wpływ, tak czy owak, jest niszczący”. Wolność bez odpowiedzialności szybko zamienia się w niewolę namiętności, egoizmu i strachu.
Czymże jest odpowiedzialność? To moralny lub prawny obowiązek odpowiadania za swoje czyny, konieczność poniesienia konsekwencji swoich wyborów, nie zaś zrzucania ich na innych. Tymczasem już w procesie wychowania, jakże często dziś bezstresowego, dzieci uczone są od małego nieodpowiedzialności. „Nie pamiętałeś o zadaniu domowym (gdy jeszcze były zadawane)? Nie martw się, idź spać, a my zrobimy to za ciebie”. To przecież była powszechna praktyka. Dziecko nie przygotowało się do sprawdzianu? Rodzice napiszą usprawiedliwienie i pociecha zostanie w domu, unikając konsekwencji swojego lenistwa i niefrasobliwości. Nagminne stały się korepetycje przed egzaminami (testem ósmoklasisty czy maturą), ponieważ dziecko, korzystając ze swojej wolności, wybiera rozrywkę, a nie naukę. Przecież rodzice i tak zadbają, aby było przygotowane, i zapłacą za to. 

W razie potrzeby załatwią jeszcze zaświadczenie o jakiejś dysfunkcji: dysleksji, dysgrafii, dysortografii czy dyskalkulii. Namnożyło się ostatnio tych przypadłości, które dają pewne ułatwienia podczas egzaminów.
A potem? Potem mogą być poważniejsze problemy. Kosztowne studia w innym mieście lub za granicą, żeby korzystać z wolności bez rodziców, a gdy się noga powinie, to jeszcze psycholog, terapie, opieka i… kolejne wydatki. Czy tak wychowywani młodzi ludzie będą się czuli odpowiedzialni za swoje czyny, gdy od małego konsekwencje ich niewłaściwych wyborów i postaw zawsze ponosili rodzice? Czy będą potrafili wziąć odpowiedzialność za innych, swoją rodzinę, gdy ją założą, czy też za rodziców, kiedy ci dożyją podeszłego wieku i będą wymagali opieki?
Wychowanie do odpowiedzialności, do odpowiedzialnego korzystania z wolności jest trudniejsze, bardziej wymagające, ale przynosi efekty. Młody człowiek musi wiedzieć, że koniec końców to on sam będzie musiał ponieść konsekwencje swoich czynów. Rodzice do końca życia nie będą go w tym wyręczali.
A gdyby przyszedł czas próby, jakiej doświadczyli nasi przodkowie, czy młodzi ludzie stanęliby w obronie Ojczyzny? Taką gotowość deklaruje zaledwie co czwarty młody człowiek do trzydziestego roku życia, a aż dwie trzecie wyklucza taką możliwość. Obyśmy nie musieli weryfikować tych deklaracji.