Odpowiedzialność w kryzysie
Prawdziwa odpowiedzialność zdaje się zanikać pod naporem ponowoczesnych ideologii.
Czy w świecie zdominowanym przez algorytmy i ucieczkę od tradycyjnych ról społecznych
potrafimy jeszcze podejmować decyzje opatrzone własnym podpisem?
PIOTR SUTOWICZ
Wrocław
DEPOSITPHOTOS
O odpowiedzialności mówi się stosunkowo dużo – w mediach, w parlamentach i urzędach. Sformułowanie „w poczuciu odpowiedzialności za” jest często stosowanym publicznie ozdobnikiem, mającym utwierdzić słuchaczy w przekonaniu, że osoba mówiąca ma rację i mówi prawdę. Ośmielam się jednak postawić tezę, że mamy do czynienia jedynie z zasłoną dymną, a samo poczucie odpowiedzialności poza owymi werbalnymi deklaracjami nie istnieje. Zostało zastąpione… no właśnie, przez różne ponowoczesne rzeczy.
Na poziomie osobistym
Narzekania zaczynają się od uwag względem ludzi młodych. W propagandzie szeptanej, na kazalnicach oraz w mediach słychać, że młodzi nie chcą brać odpowiedzialności za swoje życie często już na poziomie szkoły, nie chcą zakładać rodzin, mieć dzieci ani pracować. Pojawiające się doniesienia o skali niechęci młodego pokolenia do odpowiedzialności w tych obszarach rzeczywiście są zastanawiające, a właściwie niepokojące. Tyle tylko, że… ową młodzież wychowało pokolenie od niej wcześniejsze, a więc to tu chyba już wystąpił problem. Dodam też, że ci, którzy najgłośniej na ten temat krzyczą, sami stali i dalej stoją na radykalnych pozycjach walki o to, że szkoła jest nienowoczesna, rodzina – patriarchalna i opresyjna, więc czas z nią skończyć, zaś macierzyństwo to ideologia, która niszczy drogę kobiet do samorealizacji. Walka z tradycyjnym podziałem ról społecznych została potem rozszerzona na kwestie płci, mającej być kwestią wyboru jako część zestawu naszych osobistych wolności, które z kolei w życiu indywidualnym mają być priorytetem. Wszystko to nie idzie w parze z odpowiedzialnością.
Przeinaczone wartości
Muszę tu przywołać co nieco z klasycznego myślenia. Feliks Koneczny, opisując wzorce cywilizacyjne, każdą z metod życia zbiorowego przypisał do odpowiedzi, jakiej dana zbiorowość udziela w ramach zagadnień tzw. pięciomianu bytu, do którego zaliczył: prawdę, dobro, piękno, zdrowie i dobrobyt. Skoro o odpowiedzialności mowa, to zacznijmy od prawdy, ponieważ to ona powinna być wyznacznikiem decyzji politycznych. W poczuciu odpowiedzialności powinno się mówić prawdę, lecz została ona zastąpiona przez socjotechnikę mającą na celu wykazanie braku kompetencji przeciwnika przez wypowiedzenie kilku obraźliwych uwag. „Dobro” opisano za pomocą pozytywnego prawodawstwa, które szczegółowo reguluje, co dobrem jest, a co nim nie jest, nie odnosząc się do pierwotnej definicji pojęcia. Nie jest też istotny związek owego prawnego „dobra” z prawdą, choćby o człowieku. Z kolei piękno, wyrażane np. w sztuce, wpisano w trendy medialne finansowane przez ośrodki polityczne i – trochę jak w Nowych szatach króla Andersena – definiuje się jako piękne to, co dostało dofinansowanie. Skoro ludzie tego oglądać nie chcą, to znaczy, że są mało wyrobieni, gdyż władza w „poczuciu odpowiedzialności” uznała, że to jest piękne. Zdrowie i dobrobyt nie budzą wątpliwości politycznych, są to wartości na pozór niekwestionowane, choć ich stan – znowu – określają media, które zależnie od opcji politycznej mówią nam, czy w danej dziedzinie życia jest dobrze czy źle. Tu znowu kłania się prawda.
Procedury i…
Polityk powinien podejmować decyzję opartą na zasadzie dobra wspólnego, natomiast klasa polityczna jako taka chyba nie jest zainteresowana również i tą kategorią. Zresztą po co – na swoją decyzyjność ma procedury: konstytucje, ustawy, dyrektywy, załączniki do dyrektyw, uchwały, orzecznictwo, a jeśli one wszystkie nie pasują do decyzji, to na końcu pojawiają się… wartości europejskie, demokratyczne albo jakieś inne, które najlepiej nadają się pojęciowo. Byle tylko zepchnąć gdzieś decyzję, zwalić na kogoś, najlepiej tego, kto nie istnieje.
Dyrektywy, których tony zalegają w różnych urzędach, nie podlegają sankcji karnej, a człowiek, który na ich podstawie działa, jest przecież tylko wykonawcą. Może nawet powiedzieć, że działa transparentnie, a każde zdanie może poprzeć jakimś urzędowym zapisem, co w dobie AI jest proste.
Stoi za tym jeszcze jeden brak: dalekosiężnego myślenia. Decyzje mają swoje konsekwencje – jeśli nie nastąpią one dziś, to wydarzą się jutro, pojutrze bądź za 50 czy 100 lat.
Zatem osoby biorące odpowiedzialność za społeczeństwo, biorą ją za naród w jego dziejowym przekroju, co jest ryzykowne. To kolejny argument za tym, by odpowiedzialności nie brać i nie podejmować decyzji opatrzonej własnym podpisem. Niech to się stanie gdzieś indziej, na wyższym poziomie, albo – skoro już jakaś decyzja musi zostać podjęta – można ją zrzucić na społeczeństwo. Jakże często słychać z ust polityków: „nasi wyborcy zdecydowali”. Sami wyborcy, co prawda, o niczym nie wiedzą, ale skoro tak się mówi, to zakładają, że zdecydowali.
Media
Sytuacja mediów jest jeszcze ciekawsza. Co prawda, „odpowiedzialność” jest dla mediów pojęciem deontologicznym, ale to by było w tym temacie wszystko. Nie po to redakcje zatrudniają armie prawników, by ważyć odpowiedzialnie słowa. Duże medium może wszystko, łącznie z cywilnym zniszczeniem człowieka, którego uniewinnią sądy, po wieloletnich nieraz procesach, o których istocie nikt już nie pamięta. W końcu, skoro mamy do czynienia z kryzysem władzy sądowniczej, to można przecież wyrok zakwestionować jako wydany przez organ nielegalny. Czy to ma coś wspólnego z odpowiedzialnością? Ano właśnie, bez względu na częstotliwość używania tego słowa: nic. Zresztą, dziś media w klasycznym tego słowa znaczeniu trochę przechodzą do historii. W dobie pseudoprodukcji generowanych przez AI i kierowanych algorytmami pod nadzorem człowieka, za które teoretycznie nikt odpowiedzialności nie ponosi, kampanie sterujące myśleniem ulokowane są znacznie sprytniej niż kiedyś, a rzecz obliczona na masowość i bardzo krótkie w czasie oddziaływanie przybiera cechy manipulowania społeczeństwem na skalę, o jakiej wielkim totalitarnym ideologom się nie śniło. Znowu trzeba zaznaczyć, że w tym wszystkim chyba nie o odpowiedzialność chodzi.
Może czas na namysł
Wiem, że jest trudno. Wszyscy żyjemy w takim świecie, jakim on jest. Każdy z nas korzysta z mediów i trudno mu się uwolnić od sposobu rozumowania tam przedstawianego, każdy bierze udział w takim życiu społecznym, jakie ono jest – świadomie się tu powtarzam – wybory też są, jakie są. Niemniej jednak, żeby od czegoś zacząć, trzeba chyba przynajmniej samemu sobie zacząć zadawać więcej pytań czy to, co widzimy i słyszymy, jest rzeczywiście wyrazem „poczucia odpowiedzialności”, czy tylko elementem mody bądź politycznej kampanii, mającej na celu przygotowanie nas na „coś”. To jest bardzo trudne i nie można przy tym dać się zagonić na pozycję „skoro wszyscy mnie oszukują, to ja się z tego świata wypisuję, tak nie wolno”.
Żeby istnieć w świecie, trzeba zacząć od bycia odpowiedzialnym: najpierw za siebie, potem za rodzinę, można też pomyśleć o lokalnej wspólnocie, parafii czy gminie. Nie zrzucajmy decyzji na tych, którzy mówią, że wiedzą lepiej, bo się znają… Mają dyrektywy w szafie i wiedzą, jak je interpretować, a my musimy deptać im po piętach. Zadawajmy niewygodne pytania, bądźmy aktywni.
Wróćmy do Feliksa Konecznego, który aktywność społeczną, obywatelską uznawał za filar cywilizacji łacińskiej. Bierność w jego myśli była przejawem niższości cywilizacyjnej, a tej powinniśmy się wystrzegać.

