Narodziny wirtualnego sumienia
W świecie analogowym odpowiedzialność miała swój ciężar i swoją twarz
– była koniecznością spojrzenia w oczy sąsiadowi, któremu wybiliśmy szybę.
Dziś, gdy między naszym czynem a jego skutkiem wyrasta potężna cyfrowa strefa buforowa,
sumienie ulega niebezpiecznej wirtualizacji.
MICHAŁ JASŁOWSKI
Wrocław
Tysiące kliknięć dziennie. Ile z nich wymaga od nas spojrzenia komuś w oczy?
To, czym karmimy umysł, nie pozostaje neutralne dla sumienia
DEPOSITPHOTOS
Mówiąc dzisiaj o odpowiedzialności, nie sposób nie odnieść wrażenia, że pojęcie to staje się coraz bardziej abstrakcyjne. Do niedawna odpowiedzialność za dobre lub złe czyny miała swój fizyczny ciężar – wymagała spojrzenia drugiemu człowiekowi w oczy. W dobie cyfrowej powiązanie między naszym działaniem a jego skutkiem staje się niepokojąco luźne.
Ekran jako bufor
Na czym polega dzisiejsza abstrakcyjność odpowiedzialności? Przecież każdy zgodzi się co do zasady, że należy brać odpowiedzialność za swoje czyny. Od razu przychodzi nam na myśl obraz zabawy na podwórku i piłki, której lot zakończył się na oknie sąsiada. Wtedy trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce, przyznać się, przeprosić i zwrócić pieniądze za szybę, aby w końcu poczuć się lepiej.
Ale czy to poczucie odpowiedzialności za swoje (często nawet nieumyślne) działanie jest nadal tak samo silne, gdy „szyba” znajduje się gdzieś na odległych serwerach w Dolinie Krzemowej? Technologia tworzy między nami a rzeczywistością potężną strefę buforową. Rzeczywistość zaczyna wydawać się nierzeczywista, a sumienie podlega niejako wirtualizacji. Działanie w sieci stwarza pozory interesującej, lecz niegroźnej gry przynoszącej bodźce, bez których rzeczywistość analogowa zaczyna wydawać się nam nieco bezbarwna. Słusznie cieszymy się, gdy możemy komuś pomóc, wspierając zbiórkę lub udostępniając informację o niej w swoich mediach społecznościowych. Lecz co dzieje się, gdy nasze zachowanie przypomina pisanie sprayem po domu sąsiada: „Sąsiad jest głupi”?
Kiedy udostępniamy niesprawdzoną, krzywdzącą informację, nie widzimy łez osoby, w którą ona uderza. Co więcej, nasza aktywność w sieci ma często znamiona działania bardzo intymnego. Mamy chwilę tylko dla siebie. Możemy odreagować po całym stresującym dniu lub po prostu spożytkować moment bezczynności. Jesteśmy w swojej bezpiecznej bańce, przestrzeni oddzielonej od otaczających nas fizycznie osób. Na ekranie pojawiają się treści, które nam odpowiadają, a tylko czasami oburzają nas i pokazują, jak bardzo powinniśmy nie lubić „sąsiada”. Jak działa mechanizm modelujący nasze emocje? Należy potępić drugiego, wykazać jego niewiedzę, aby okopać się mocniej na swoich pozycjach i poczuć satysfakcję. Ale koniec końców siedzimy w swoim cichym kącie, a nie piszemy nikomu po ścianie ani nie atakujemy go na ulicy twarzą w twarz.
Zaczynamy cierpieć na zjawisko „rozproszonego sprawstwa”. Kto ponosi winę, kiedy algorytm bankowy, napisany przez anonimowych programistów, odrzuca wniosek o kredyt dla rodziny bez wyraźnego powodu? Kto odpowiada za hejt nakręcany przez internetowe boty? Naszą najczęstszą reakcją staje się wzruszenie ramion i wygodne stwierdzenie: „To wina algorytmu”.
Wirtualizacja rzeczywistości
Dla ludzi żyjących w XXI w. czerpanie garściami z technologicznych nowinek jest oczywistością. Analogowe rozwiązania stają się nostalgicznym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ostatnio spotkałem w uzdrowisku starsze małżeństwo, które drogę na swój turnus – kilkaset kilometrów – pokonało klasycznym Trabantem 601. Mieli papierową mapę i kolejne etapy trasy rozpisane na pożółkłej tekturce. Takie obrazki budzą ciepłe uczucia, przypominając jednocześnie, jak bardzo zmienił się nasz świat. Dawniej nawet podróż wymagała uważności i odpowiedzialnego planowania. Dzisiaj jesteśmy mistrzami delegowania zadań. Wszystkie nasze działania przyjmują pozory dużej skuteczności, a rozwiązania analogowe wydają się nieskuteczne i wymagające od nas zbyt dużego wysiłku. Smartfonom oddaliśmy pamięć, nawigacjom – orientację w terenie.
Teraz, krok po kroku, zaczynamy kapitulować w sferze naszego sumienia.
Wirtualne sumienie to stan uśpienia. Żyjemy w iluzji niewinności: skoro nikogo nie uderzyłem fizycznie, moje ręce są czyste. Technologia zmienia definicję czynu. Przerobienie cudzego tekstu przez AI i przypisanie go sobie nazywamy sprytem, nie kradzieżą. Skoro prawo nie nadąża, a algorytm pozwala, to sumienie milczy. Przestajemy pytać: „Czy to jest dobre?”, a zastanawiamy się jedynie: „Czy to jest możliwe?”, lub „Jak zrobić to szybciej?”.
Czyn ludzki
Z perspektywy wiary takie rozmycie odpowiedzialności uderza w sam rdzeń człowieczeństwa. Fundamentem godności osoby jest zdolność do świadomego, wolnego czynu. Sama etymologia słowa „odpowiedzialność” wskazuje na gotowość do udzielenia odpowiedzi – świadomej i zgodnej z prawdą.
W Księdze Rodzaju Bóg pyta Kaina: „Gdzie jest brat twój, Abel?”. Kain odpowiada: „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 9). Ta odpowiedź oparta na fałszu to pierwowzór dzisiejszej ucieczki przed odpowiedzialnością. Przed ekranem mówimy to samo: „Czy odpowiadam za to, co wygenerował system?”, „Czy odpowiadam za to, czym się karmię?”, „Czy odpowiadam za to, co kształtuje moje serce?”.
Odpowiedzialności nie da się zdigitalizować ani wysłać do chmury. Im mocniej technologia wchodzi w nasze życie, tym bardziej potrzebujemy twardego chrześcijańskiego personalizmu. Musimy mieć świadomość, że to, czym karmimy się w mediach, nie pozostaje neutralne dla kształtowania naszego sumienia i budowania poczucia odpowiedzialności. Gdy wiemy, jak działają mechanizmy delegowania ludzkiej odpowiedzialności na maszyny, jesteśmy w stanie lepiej radzić sobie z tymi zagrożeniami.
Ktoś zarzuci nam antropologiczny optymizm – przecież ludzie polaryzują się, ponieważ mają „zepsutą naturę”, a algorytmy tylko to monetyzują. Chrześcijański realizm rzeczywiście uznaje nasze wewnętrzne pęknięcie, lecz wskazuje również, że zło nie zaczęło się wraz z powstaniem internetu. Tak więc zrzucenie winy na niereformowalną naturę człowieka to ostateczna kapitulacja wolności.
Odzyskanie odpowiedzialności w świecie cyfrowym wymaga zatem specyficznej formy „postu technologicznego” – niekoniecznie rozumianego jako odrzucenie narzędzi cyfrowych, lecz raczej jako narzucenie sobie dyscypliny uważności. Musimy na powrót nauczyć się ciężaru własnych słów i kliknięć, nadawania im takiej samej wagi, jaką mają w bezpośrednim kontakcie twarzą w twarz. To proces bolesny, gdyż zmusza do wyjścia z bezpiecznej strefy buforowej ekranu i wzięcia na siebie ryzyka autentycznego spotkania z innym. Tylko w ten sposób możemy zatrzymać proces degradacji sprawstwa, w którym człowiek staje się jedynie przedłużeniem interfejsu, a jego sumienie – kolejną linijką kodu, którą można dowolnie zoptymalizować pod kątem doraźnej satysfakcji czy politycznej korzyści.
Uznanie, że nic nie da się zmienić, jest w istocie aktem duchowej kapitulacji – dobrowolnym przekazaniem sprawstwa algorytmom, które redukują nas do przewidywalnego zbioru bodźców, zaprogramowanych na reaktywny gniew. Nasza odpowiedzialność polega dziś na radykalnym wyłamaniu się z tego technologicznego determinizmu. Ewangelia nie jest i nigdy nie miała być techniczną instrukcją naprawy świata. Znajdujemy w niej jednak coś nieskończenie ważniejszego: niezmienny fundament dla kształtowania prawego i pewnego sumienia. To ono pozostaje jedynym narzędziem, które w gęstym szumie informacyjnym pozwala nam odróżnić głos Boga od echa uprzedzeń i nienawiści.

