Wielokulturowość podwórkowa

Nasza wielokulturowość jest przypomnieniem, że tylko w otwartości na „inność”
możemy odnaleźć szansę na przetrwanie wspólnoty.

PAWEŁ SKRZYWANEK

Wrocław

Wewnętrzny dziedziniec kamienicy przy ul. Krasińskiego 21–23
we Wrocławiu – na środku miejsce po fontannie

FOT. BARBARA MALISZEWSKA /WIKIMEDIA COMMONS CC BY-SA 3.0 PL

Wrocław nauczył nas, że tożsamości nie dostaje się w prezencie – ją się adaptuje, czasem w bólach, na gruzach cudzych cmentarzy i wśród obcych napisów na tynkach. Dziś, gdy świat znów zdaje się kurczyć pod wpływem lęku, wracam do moich greckich sąsiadów z Rynku i poniemieckich mebli moich rodziców. To nie są tylko sentymentalne obrazki, to lekcja przetrwania we wspólnocie, o której nie wolno nam zapomnieć.
W jednym z wywiadów reżyser teatralny Jakub Skrzywanek – prywatnie mój syn – stwierdził, że właśnie teraz w Polsce musimy sobie uświadomić, czym jest dbanie o siebie i życie we wspólnocie. Być może po raz pierwszy w historii, gdyby doszło do kataklizmu wojny, nie mielibyśmy dokąd uciec. Ucieczka nie jest tutaj bynajmniej figurą retoryczną. Nasza sytuacja wymaga społecznej empatii, tolerancji i szacunku dla różnorodności. Żyjemy obok siebie i razem, a to wymaga akceptacji inności.
Dziedziczenie na gruzach
Dla mojego pokolenia pojęcie wielokulturowości było teoretyczne, wręcz fikcyjne. Przez dużą część życia funkcjonowałem w społeczeństwie o zamkniętych granicach i jednorodnych, narodowych kodach kulturowych. Parafrazując słowa piosenki zespołu T.Love: W mieście, „gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje”. Owa różnorodność, tak obecna we wspomnieniach moich rodziców i dziadków, była dla mnie jedynie opowieścią, której nie doświadczałem osobiście. Zrozumiałem jej wartość dopiero wtedy, gdy zafascynowało mnie zjawisko adopcji kultury.
Moja młodość upływała w czasach, gdy propagandowo karmiono nas hasłami o „piastowskości” i polskości Ziem Odzyskanych. Tymczasem na tynkach moich ulic widniały niezrozumiałe napisy, a w mieszkaniach stały poniemieckie meble. Trzeba było sobie tę historię jakoś wytłumaczyć. Fenomen tamtego okresu polega na tym, że adopcja kultury przyniosła niespotykany efekt. Po latach nowi mieszkańcy mojej małej ojczyzny – Wrocławia – nie tylko zaakceptowali historyczną ciągłość tego miejsca, lecz także uczynili z niej fundament własnej tożsamości.
Nie był to proces łatwy ani oczywisty. W narracji moich rodziców pobrzmiewało przyzwolenie na odwet i niszczenie wszystkiego, co zastane. Nie było pragnienia dziedziczenia – niszczono cmentarze i pomniki, wyburzano miasta. Na szczęście to minęło. O tej trudnej historii opowiada Jolanta Mielewczyk w programach radiowych i książkach z cyklu „Kamienice”. To lektura obowiązkowa, by zrozumieć naszą wielokulturowość i inaczej spojrzeć na losy dawnych mieszkańców Breslau. Dzięki niej można poznać fenomen kresowości.
Sam tego doświadczam, gdy definiuję swoją polskość.

Noszę czeskie nazwisko, a wśród moich najbliższych, obok Borowieckich, Krassowskich czy Granowskich, są Reinerowie, Prohaskowie, Korzinkowie czy Mojsymowie. Kto ma prawo odbierać mi prawo do polskiego patriotyzmu, skoro Polacy o takich nazwiskach spoczywają na Cmentarzu Orląt Lwowskich i w bezimiennych mogiłach na Powstańczych Powązkach?
Dzielnica Wzajemnego Szacunku
Wielokulturowość nie jest łatwa. Nie może być tylko chwytem PR-owym, ponieważ wtedy stanie się pustym sloganem. Refleksja nad nią jest jednak początkiem budowania postawy rozwagi, dalekiej od kulturowych uproszczeń. Nie ma monolitycznych modeli społecznych – kultura to mnogość, a obywatelskość to zbiorowość. Szacunek większości dla mniejszości jest podstawą naszego życia. I bynajmniej nie zamykałbym tego w ramach czysto politycznych. Napiszę prowokacyjnie: Nie przypisywałbym człowiekowi omnipotencji rozumienia świata oczami Stwórcy. Zawsze będę z trwogą patrzeć na tych, którzy przybrani w szaty wiary krzyczą, że tylko oni mają monopol na prawdę.
Zmiany demokratyczne w Polsce dały mi szansę podróżowania. To duży przywilej. Mogłem zobaczyć, dotknąć i rozmawiać. Czasami się nie zgadzać, ale zawsze uczyć się otwartości. Jesteśmy różni, ale w tej różności możemy być piękni. Z takim doświadczeniem inaczej spoglądam na swoją lokalną, „podwórkową” wielokulturowość. Mieszkając przy wrocławskim Rynku, bawiłem się z dziećmi greckich uchodźców. Jako dzieci nie interesowaliśmy się obco brzmiącymi nazwiskami – ważna była wspólna zabawa.
Patroni wielu języków
Ze wzruszeniem wspominam stary zakład fryzjerski prowadzony przez Żyda i jego nagłe zniknięcie po marcu 1968 r. To moja osobista „dopisana historia” do Zapisków z wygnania Sabiny Baral. Pamiętam też zabawy w ruinach Synagogi pod Białym Bocianem przy ul. Włodkowica. Pewnie dlatego dziś z tak wielkim szacunkiem podziwiam twórczość Miry Żelechower-Aleksiun i Lva Sterna oraz muzyczną misję Bente Kahan. Dzięki otwartości jestem częstym gościem projektów we wrocławskiej Dzielnicy Wzajemnego Szacunku. Na moje podwórko zaglądali wrocławscy Romowie, a przy pobliskiej ul. Oławskiej siedzibę miał Związek Karaimów w Polsce.
Nawet moja parafia niesie kod wielokulturowości. Ma trzech patronów: św. Stanisława, św. Wacława i św. Dorotę. Każdy z nich przez wieki opiekował się innymi nacjami i językami, tworząc element wspólnej, wielowiekowej tożsamości. Święty Jan Paweł II nazwał Wrocław „miastem spotkania”. Dlatego pragnę, aby moja Ojczyzna zawsze była otwarta.