Jak polszczyzna traci przypadki

Czy rzadsze stosowanie celownika i wołacza to znak rozkładu systemu,
czy raczej naturalna ewolucja polszczyzny?

JUSTYNA JANUS-KONARSKA

Wrocław

W szkole uczymy się, że rzeczownik odmienia się przez siedem przypadków, a każdy z nich pełni określoną funkcję. Mianownik nazywa, dopełniacz dopełnia, celownik wskazuje odbiorcę czynności, biernik przyjmuje jej skutek, narzędnik opisuje narzędzie, miejscownik lokalizuje, a wołacz – przywołuje. Tymczasem w codziennej praktyce językowej coraz wyraźniej widać, że dwa przypadki – wołacz i celownik – znalazły się w defensywie.
Wołacz w odwrocie
Wołacz był kiedyś przypadkiem powszechnym. „Panie!”, „Mario!”, „Ojcze!”, „Przyjacielu!” – takie formy nikogo nie dziwiły. Dziś coraz częściej słyszymy: „Maria!”, „Tata!”, a nawet „Michał, chodź tu!” zamiast tradycyjnego „Michale!”. W wielu sytuacjach mianownik wypiera wołacz, szczególnie w imionach męskich zakończonych spółgłoską. Proces ten ma kilka przyczyn. Po pierwsze – uproszczenie systemu. Wołacz bywał nieregularny i trudny do przewidzenia: „brat” – „bracie”, „ksiądz” – „księże”, „ojciec” – „ojcze”. Wymagał zapamiętania form często odbiegających od podstawy słowotwórczej. W języku potocznym, który premiuje szybkość i ekonomię komunikacji, naturalne jest dążenie do form prostszych. Po drugie – zmiana obyczajowa. Współczesna komunikacja staje się mniej ceremonialna. Wołacz niesie ze sobą ton oficjalności, dystansu, a czasem nawet patosu. Zastępowanie go mianownikiem bywa wyrazem upraszczania relacji. Po trzecie – wpływ mediów i języka pisanego w formach skróconych. W komunikatorach, SMS-ach czy mediach społecznościowych rzadko dba się o poprawną fleksję. „Kasia, oddzwoń” jest szybsze i bardziej intuicyjne niż „Kasiu, oddzwoń”. Z czasem takie użycia utrwalają się i przenikają do mowy.
Co ciekawe, kryzys wołacza nie jest całkowity. W pewnych obszarach trzyma się mocno. Formy takie jak: „Boże!”, „Jezu!”, „Mamo!” czy „Tato!”, pozostają żywe, zwłaszcza w kontekstach emocjonalnych. Wołacz wydaje się dziś przypadkiem silnie związanym z ekspresją – przetrwa tam, gdzie potrzebne jest podkreślenie uczucia, apelu, dramatyzmu. Być może zatem nie tyle zanika, ile zmienia swoją funkcję: z neutralnego środka gramatycznego staje się nośnikiem intensywności.
Celownik pod presją
Natomiast celownik przegrywa z konstrukcjami przyimkowymi. Odpowiada na pytania: „komu? czemu?”, i wskazuje odbiorcę czynności: „daję książkę bratu”, „pomagam sąsiadce”, „przyglądam się dziecku”. Jednak w wielu sytuacjach można zastosować konstrukcję z przyimkiem „dla”, która bywa postrzegana jako mniej elegancka. „Kupiłem prezent dla mamy” zamiast „Kupiłem mamie prezent” – oba zdania są poprawne, lecz drugie uchodzi za bardziej tradycyjne.
Dlaczego tak się dzieje? Jednym z powodów jest ogólna tendencja języków indoeuropejskich do przechodzenia od fleksyjności do analityczności. Zamiast odmieniać wyraz, coraz częściej dodajemy osobne słowo, które precyzuje relację. Przyimek jest łatwiejszy w użyciu, ponieważ nie wymaga znajomości nieregularnych końcówek.
Innym czynnikiem jest interferencja językowa. Współczesny użytkownik polszczyzny ma częsty kontakt z językiem angielskim, który relacje celownikowe wyraża głównie przez przyimki („for”, „to”) lub szyk zdania.

Choć wpływ ten nie zawsze jest bezpośredni, sprzyja on postrzeganiu konstrukcji analitycznych jako naturalnych.
Celownik traci również w konstrukcjach bezosobowych i potocznych: „Mi się podoba” zamiast „Mnie się podoba” pokazuje redukcję formy, uproszczenie fonetyczne i gramatyczne. Choć to zjawisko dotyczy raczej form zaimkowych niż samego przypadka, wskazuje na ogólną tendencję do skracania i upraszczania.
Czy to jeszcze ten sam język?
Obserwując te procesy, łatwo wpaść w ton alarmistyczny. Tymczasem historia polszczyzny pokazuje, że system przypadków już nieraz ulegał przekształceniom. W staropolszczyźnie istniały formy, które dziś uznalibyśmy za egzotyczne. Niektóre końcówki zanikły, inne się wyrównały. To, co dziś uznajemy za normę, jest efektem wielowiekowych przesunięć. Wołacz w wielu językach słowiańskich również uległ osłabieniu. W czeskim czy rosyjskim jego użycie jest  graniczone, a w niektórych kontekstach zastępuje go mianownik. Język polski przez długi czas uchodził za język, który zachował bogatą fleksję. Być może jesteśmy świadkami kolejnego etapu tej ewolucji.
Warto też zauważyć, że zmiany nie przebiegają równomiernie. W języku oficjalnym, literackim oraz w tekstach urzędowych wołacz i celownik mają się dobrze. Normy szkolne i redakcyjne wciąż je podtrzymują. Inaczej jest w języku młodzieżowym, w mediach społecznościowych czy w mowie spontanicznej. Powstaje więc pewne rozwarstwienie: język standardowy zachowuje tradycyjne formy, język potoczny eksperymentuje.
Między normą a uzusem
Kluczowe pytanie brzmi: Czy normatywna obrona wołacza i celownika ma sens? Współczesne językoznawstwo coraz częściej podkreśla, że język należy do jego użytkowników. Jeśli zdecydowana większość mówi: „Cześć, Marek!”, zamiast: „Cześć, Marku!”, to trudno uznać tę pierwszą formę za błąd – raczej za znak zmiany. Jednak system przypadków jest jedną z cech wyróżniających polszczyznę. Pozwala na swobodniejszy szyk zdania i precyzyjne oddawanie relacji między wyrazami. Ograniczenie jego użycia może prowadzić do pewnego zubożenia środków wyrazu, subtelnej utraty niuansów.
Być może rozwiązaniem jest świadoma dwujęzyczność wewnątrz jednego języka: umiejętność posługiwania się pełnym repertuarem form w sytuacjach oficjalnych i literackich oraz akceptacja uproszczeń w mowie potocznej. Takie rozwarstwienie nie musi oznaczać chaosu – może być przejawem elastyczności.
Przyszłość przypadków
Czy za sto lat wołacz zniknie z podręczników? Czy celownik zostanie ograniczony do kilku skostniałych zwrotów? Tego nie da się przesądzić. Historia języków uczy, że procesy mogą się zatrzymać, odwrócić albo przyspieszyć w nieprzewidywalny sposób. Jedno jest pewne: kryzys wołacza i odwrót celownika to symptomy głębszych przemian. Polszczyzna – jak każdy żywy język – balansuje między tradycją a ekonomią, między normą a praktyką, między dziedzictwem a codziennym użyciem. Język to warsztat – a w warsztacie narzędzia czasem się wymienia, ostrzy albo odkłada na półkę.