PIOTR SUTOWICZ

Wrocław

Śluby uwolnienia narodu

Król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej oddał Polskę pod panowanie czy też opiekę Matki Bożej, którą określił Królową Korony Polskiej. Od tamtych wydarzeń mija właśnie 370 lat. Okoliczności były trudne – był to czas szwedzkiego najazdu, ale Rzeczpospolita wcześniej miała również problemy z Kozaczyzną, Carstwem Moskiewskim czy Wielką Portą, że o Tatarach nie wspomnę. Wszyscy ci wrogowie byli też przeciwnikami Kościoła katolickiego. Akt Jana Kazimierza był więc swego rodzaju tożsamościowo-religijnym określeniem miejsca narodu polskiego. Śluby te były także aktem społecznym, bardzo mocnym w wyrazie. Król w słowach: „ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa”, przyznawał, że poddani w Rzeczypospolitej traktowani są niesprawiedliwie, że ma miejsce ucisk, za który cenę w konsekwencji płaci całe państwo. Przyrzekał przed obrazem Matki Bożej Łaskawej zmianę stosunków społecznych – gdyby reforma ta się powiodła, to być może państwo nie musiałoby ulec temu, co przyniósł wiek XVIII, zakończony całkowitymi rozbiorami. Ucisk pańszczyźniany był złem, wynikiem krótkowzrocznej polityki szlachty, która stopniowo przekształcała państwo w spółkę handlującą zbożem z Europą Zachodnią – na tym tle wszystkie inne sprawy znikały z pola widzenia.
Obraz ucisku pańszczyźnianego, który nam przekazano, jest niekiedy przerysowany, Rzeczpospolita była organizmem rozległym i nie wszędzie było jednakowo źle, jednak niesprawiedliwej struktury Jan Kazimierz nie wymyślił. Przekładając na dzisiejszy język: wyniki ekonomiczne nie przekładały się na wzrost dobra wspólnego. Najciężej pracujący nie korzystali z koniunktury gospodarczej i nie uczestniczyli w redystrybucji dóbr.
Niestety, śluby pozostały jedynie piękną kartą historii, a król przegrał z krótkowzrocznością szlachty. Polska od najazdów obcych wyszła teoretycznie obronną ręką, ale tak naprawdę odłożyła w czasie wyrok. Czasu danego nie wykorzystano, obietnicy narodowej nie zrealizowano. Do tego nawiązywał bł. Stefan Wyszyński, który w treści ślubów, złożonych przez wiernych 26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze, zawarł m.in. zdanie: „Stajemy przed Tobą [Maryjo] pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń Ojców naszych”. Czy Prymas miał na myśli tylko pańszczyznę? Chodziło o coś innego, o państwo będące dobrem wspólnym suwerennego narodu, w którym będzie obowiązywała zasada sprawiedliwości społecznej, a jej podmiotem będzie obywatel. Obywatel wyrastający z rodziny, w której będzie bezpiecznie mógł wzrastać, i ze szkoły, która będzie naprawdę uczyć i wychowywać. Obywatel, który będzie poruszał się w instytucjach państwowych i samorządowych, będących względem niego służebnymi. Chodziło o państwo, w którym obywatel będzie jako część zbiorowości podmiotem. Coś mi się wydaje, że i tych drugich ślubów naród nie wypełnił.