MEDIALNY RUBIKON

Algorytm cynizmu wygrywa

Jeśli nie zaczniemy konsekwentnie rozliczać jakości informacji medialnych własną uwagą
i zaufaniem, będziemy współautorami cynicznego spektaklu. Media są tak uczciwe,
jak bardzo opłaca się im być uczciwymi. A rachunek wystawiamy my.
Kliknięciem, oglądalnością, lojalnością.

MACIEJ RAJFUR

Rzecznik prasowy
Archidiecezji Wrocławskiej

Im dłużej pracuję w mediach, tym bardziej przekonuję się, jak bardzo my, dziennikarze, jesteśmy bezkarni i jak mnie to drażni. Właściwie jest to jeden z niewielu zawodów o tak wielkiej sile wpływania na społeczeństwo, a jednocześnie o tak małej odpowiedzialności.
Ten stan rzeczy bardzo rozzuchwala branżę dziennikarską, której członkowie okładają się na różne sposoby i oszukują społeczeństwo, a i tak dalej funkcjonują na medialnych salonach. Nie spotyka ich nawet ten najbardziej dla nich bolesny skutek zszargania wiarygodności – odejście odbiorcy i brak zaufania, a co za tym idzie – zero uwagi. Nie, my jako odbiorcy z uporem maniaka czytamy i oglądamy tych, którzy nas zawodzą i których nie raz, nie dwa przyłapaliśmy na jakiejś nieuczciwości czy dezinformacji. A przecież internet bardzo szybko weryfikuje treści i pokazuje choćby podwójne standardy.
Ktoś pomyśli, że jestem niespełna rozumu, skoro piszę to jako czynny dziennikarz. Jak można kalać własne gniazdo? Może uważam się za ostatniego sprawiedliwego? Albo też teraz manipuluję? Proszę mi wierzyć: ani jedno, ani drugie, ani trzecie. Po prostu marzy mi się rzeczywistość medialna w Polsce, w której świadomi odbiorcy bardzo wyraźnie odsuwają się od tych, którzy sprzedają im bujdy na resorach, grają na najniższych instynktach, stosują chwyty poniżej pasa, przyciągają naszą uwagę krzykliwymi treściami itd. Dziennikarz wpływa na społeczeństwo, ale odbiorcy także w jakimś stopniu „wychowują” dziennikarza.
Czy to oznacza, że pracownicy mediów nie mogą popełniać błędów? Bynajmniej. Powinni po prostu za nie otwarcie przepraszać i na nowo udowadniać tym, co wychodzi spod ich pióra czy z ust, że są godni zaufania. Mnie chodzi bardziej o cyników, cwaniaków, wyrachowanych medialnych hochsztaplerów, których pojawia się coraz więcej, ponieważ ich postawa pozwala im dobrze prosperować. Zachodzą oni tak daleko, że zwykły odbiorca mediów jeszcze nie zauważy, a już tańczy (czyli klika) tak, jak mu zagrają.
Głośna sprawa tekstu Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”, w którym ujawnił, że Szymon Hołownia choruje i leczy się na depresję, przelała czarę goryczy. Autor spotkał się z jednoznaczną, silną i zasłużoną krytyką. Co ciekawe, na ile śledziłem sprawę, nie przeprosił, a zrobiła to za niego gazeta w osobie redaktora naczelnego. Nowe, smutne standardy. Do nich jednak wrócę, by pokazać pewien coraz bardziej popularny schemat działania. Takie wpadki na jakiś czas nieco otrzeźwiają branżę, ale z doświadczenia wiem, że na krótko.
Wiedzą Państwo, że niektóre artykuły czy nagrania są skrzętnie planowane co do daty publikacji. Często są w nich dozowane pewne informacje, żeby tworzyć z tego medialne seriale. Wymyślane i publikowane w taki sposób, by wywoływać konkretne efekty w opinii publicznej i potem kolejnymi materiałami dziennikarskimi kanalizować zaplanowane emocje odbiorców, ukształtować różne opinie: od współczucia po szczucie. Mówimy o strategiach naprawdę dopracowanych do perfekcji.

Na przykład ostatnio wymyślono bardzo ciekawy plan działania. Dziennikarz coś pisze lub komentuje w bardzo nierozsądny, często szkodliwy, a nawet podły sposób. Tworzy artykuł lub uprawia jakąś publicystykę. Po czasie jak na dłoni widać, że było to nie tylko świadome, lecz także wyrachowane działanie. Po publikacji zderza się ze ścianą – miażdżącą go opinią publiczną, która nie zostawia na nim suchej nitki. Nawet najgorsi wrogowie światopoglądowi, polityczni podają sobie w jego sprawie dłonie, krytykując ten czyn. Czarno na białym widać, że przegiął. Przekroczył granicę.
I co się dzieje? Rozpoczyna się etap odpowiedzi tego człowieka, może jakieś oświadczenie, może seria absurdalnych tłumaczeń, które nagle dochodzą do narracji, że… mamy do czynienia z ofiarą hejtu! Ile to on nie otrzymał obrazoburczych komentarzy, gróźb, wyzwisk, krytykanckich odzywek. Podłapują to niektóre media i wzmacniają tę retorykę. Ewidentna wina już nie ma znaczenia, ponieważ wylała się fala pomyj (oczywiście wziętych z kosmosu, bo nikt nie mówi o powodach). I żeby było jasne: nie popieram żadnych gróźb, obrażania, obrzucania błotem. Jestem na to wyczulony. Ale inżynierowie medialni „wyczaili”, jak sprytnie odbić piłeczkę, żeby za długo nikt się na ich lub ich sprzymierzeńców winie nie skupiał. A nuż ktoś wyciągnie jakieś większe konsekwencje niż internetowe napomnienia. Może trzeba będzie pod presją odejść z życia publicznego albo przynajmniej schować się na chwilę? Co to, to nie. Nikt nie będzie łamał takich karier!
Równolegle do tego zachodzi kolejny proces. Coraz częściej zauważam, że nie pada wówczas słowo „przepraszam” od winowajcy. Jeśli jakimś cudem pojawia się przyznanie do błędu i jakaś forma kajania, to najlepiej tak sformułowana, żeby czasem nie użyć słowa, które tak bardzo dumnych i pysznych ludzi boli. Przeczytałem już przynajmniej kilkadziesiąt takich kombinacji. Dziennikarze niestety są w tym mistrzami, a redakcje ich w tym (raczej po cichu) wspierają. Choć rozsądne strategie PR-owe od lat trąbią, że w sytuacji postawienia pod ścianą najlepszym wyjściem jest przyznanie się do błędu i przeprosiny, jakoś nie przyjęło się to powszechnie w branży medialnej. Jeśli sąd wyrokiem zmusi – owszem. A i wtedy pojawiają się kombinacje np. z godziną publikacji.
To wszystko dzieje się w bagienku wojny światopoglądowej, która trawi środki społecznego przekazu coraz mocniej. Żyjemy po prostu w rzeczywistości coraz wyraźniejszych baniek informacyjnych. Mechanizmy odwracania uwagi od winy poprzez kreowanie się na ofiarę hejtu oraz niechęć do otwartego przyznawania się do błędów pozbawiają media tego, co powinno być ich największą siłą – wiarygodności. A dziennikarze funkcjonują według logiki opłacalności. Ich standardy są w dużej mierze kształtowane przez zachowania odbiorców. Warto zapamiętać, że media są tak uczciwe, jak bardzo opłaca się im być uczciwymi. A rachunek wystawiamy my. Kliknięciem, oglądalnością i lojalnością.