Świecić przykładem
„Słowa pouczają, przykłady pociągają” (łac. Verba docent, exempla trahunt) – ta starożytna maksyma,
przypisywana rzymskiemu historykowi Tytusowi Liwiuszowi, podkreśla znaczenie osobistego świadectwa
nie tylko w nauczaniu i wychowaniu, lecz także w budowaniu autorytetu i głoszeniu prawdy.
MAŁGORZATA WANKE-JAKUBOWSKA
Wrocław
DEPOSITPHOTOS
Utarło się powiedzenie „świecić przykładem”. Kto jak kto, ale chrześcijanin, czyli wyznawca Chrystusa, powinien dawać przykład, wszak Jezus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście światłem świata” (Mt 5, 14). Oddają to słowa znanej pieśni: „Wy jesteście na ziemi światłem Mym, aby ludzie widzieli dobre czyny w was i chwalili Ojca, który w niebie jest”. Mamy więc wpływać na otoczenie, podobnie jak światło, które oświetla ciemności. To nie tylko osobista odpowiedzialność, lecz także wezwanie do działania w społeczności, w której żyjemy.
Być świadkiem wiary wciąż w wielu rejonach świata kosztuje życie. Najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie są wyznawcy Chrystusa. Według szacunków chrześcijańskiej fundacji Open Doors około 380 mln chrześcijan poddawanych jest prześladowaniom, głównie w państwach islamskich, Korei Północnej oraz Indiach. Zmniejsza się liczba chrześcijan żyjących na Bliskim Wschodzie, wciąż nasila się przemoc w Afryce Subsaharyjskiej. W innych krajach skala przemocy fizycznej nieco maleje, ale wzrasta izolacja chrześcijan i presja w innych sferach życia.
Bogu dzięki, w naszej części świata nikt nie musi składać ofiary życia. Wystarczy wierność nauce Jezusa w życiowych wyborach dotyczących małżeństwa, rodziny czy nakazów moralnych, odwaga w wyznawaniu wiary mimo spodziewanego w niektórych środowiskach ostracyzmu i odrzucenia, a także praktykowana miłość bliźniego. Czy to nadmierne wymaganie?
Wydaje się, że nie, zwłaszcza wobec tego, czego doświadczają chrześcijanie w wielu innych regionach świata.
Mimo to często obserwujemy coś, co można nazwać chrześcijaństwem bezobjawowym, a nawet widzimy zachowania i postawy całkowicie sprzeczne z nauką Chrystusa. Wystarczy zajrzeć do mediów społecznościowych, by zobaczyć, ile hejtu wylewa się z kont opisywanych np. katolik, mąż, ojciec… Wydawałoby się, że taka osoba powinna zachować umiar w osądzaniu innych, zwłaszcza katolików, których oskarża o odstępstwa od ortodoksji. A ileż hejtu – jak pamiętam – wylało się na papieża Franciszka od tych najbardziej pobożnych i bogobojnych katolików.
Z kolei chrześcijanie bezobjawowi swoją wiarę i przekonania zostawiają za drzwiami gabinetów, w których pełnią funkcje publiczne. Mimo przyznawania się do katolicyzmu opowiadają się za rozwiązaniami sprzecznymi z nauką Kościoła, jakby wstydzili się swojej wiary. Papież Leon XIV powiedział z naciskiem, że nie można być katolikiem i jednocześnie popierać aborcji czy surogacji. Niby oczywiste, a jednak – jak pamiętam – jeden ze znanych polskich polityków powiedział: „Jestem katolikiem, jestem za życiem, jestem za in vitro”. Takich osób jak on jest więcej.
Czy dziś deklaracja, że ktoś jest praktykującym katolikiem, daje rękojmię uczciwości, solidności i wierności zasadom? Chyba nie. A przecież chrześcijanin powinien świecić przykładem.

