Świadek czy influencer?
Ewangelia opisuje wielkanocny poranek jako czas spotkania ze Zmartwychwstałym,
a następnie autentycznego świadczenia o Nim. Czy potrafimy być świadkami na wzór Marii Magdaleny?
MICHAŁ JASŁOWSKI
Wrocław
Zmartwychwstały Chrystus ukazuje się św. Magdalenie, Luca Signorelli, tempera i olej na desce, ok. 1514,
Detroit Institute of Arts Museum, Stany Zjednoczone
WIKIMEDIA COMMONS
Żyjemy w świecie, w którym nasze dotychczasowe autorytety coraz częściej ustępują miejsca influencerom – nowym twórcom cyfrowej rzeczywistości. Ekran smartfona stał się przestrzenią pozyskiwania wiedzy, wymiany doświadczeń, debaty, a algorytmy czuwające nad tym wszystkim – współczesnymi arbitrami prawdy. W szumie informacyjnym, gdzie o naszą uwagę walczą tysiące głosów, łatwo ulec złudzeniu, że siła przekazu zależy już tylko od liczby lajków, a wartość człowieka – od jego medialnych zasięgów. Nowe media obiecują nam błyskawiczne spotkania z cyfrowymi idolami, natychmiastowe zaspokojenie ciekawości oraz budowanie nowego typu wspólnoty online – to dla wielu pociągająca wizja. Niepostrzeżenie cyfrowe trendy wywierania wpływów za pomocą pozornie niewinnych technik przenoszą się na relacje w życiu realnym.
Pokusa władzy nad cudzym sercem
Termin „influencer” pochodzi od angielskiego słowa „influence” – wpływ. Osoba określana tym pojęciem ma umiejętność oddziaływania na opinie i wybory innych za sprawą tworzenia treści w mediach społecznościowych. Nie musimy jednak mieć tysięcy obserwujących, aby ulegać pokusie sprytnego wywierania wpływów. Musimy uczciwie zapytać samych siebie: Czy nie stało się to naszą ukrytą ambicją? Czy nie marzymy o tym, aby mieć jak najlepszy wpływ na dzieci, współmałżonka czy znajomych z pracy, zapominając przy tym o prawdziwym chrześcijańskim świadectwie?
Wpływ na drugiego człowieka daje nam pozorne poczucie kontroli. Kiedy kogoś do czegoś przekonujemy, kiedy modelujemy czyjeś zachowanie, czujemy się sprawczy. To bardzo kusząca propozycja, lecz szybko może okazać się pułapką. Można być religijnym influencerem i to niekoniecznie w przestrzeni mediów społecznościowych – człowiekiem, który narzuca innym chrześcijańskie standardy i kreuje nienaganny wizerunek swojej pobożności – a jednocześnie całkowicie odrzucać trud prawdziwego świadectwa. Świadectwo bowiem nie polega na zarządzaniu cudzymi poglądami, ale na odsłonięciu własnego serca przemienionego przez spotkanie ze zmartwychwstałym Jezusem.
Świadectwo w służbie zasięgów
Oczywiście, wspomniane rzeczywistości mogą się przenikać. Influencer może być przecież wspaniałym świadkiem. Widzimy w sieci twórców, którzy swoje zasięgi wykorzystują, by mówić o Bogu tam, gdzie inni milczą, by inspirować do dobrego życia bez sprytnego wywierania wpływów. To wielki dar współczesności.
Jednak nawet najpiękniejszy „kontent” religijny pozostaje tylko informacją, dopóki nie stanie się zaproszeniem do relacji. Technologia stworzyła nam przedziwny świat relacji parasocjalnych. Influencer, którego obserwujemy, pokazuje nam swoją prywatność, radości i smutki, sukcesy i porażki (oczywiście w kontrolowanych przez siebie proporcjach), a my mamy poczucie, że to nasz stary znajomy, który świetnie nas rozumie. Ale to często iluzja bliskości. Ta relacja zazwyczaj jest jednostronna – on nadaje, my odbieramy. W chrześcijańskim rozumieniu świadectwa taka jednostronność to za mało. Wiara nie jest produktem naszej refleksji czy błyskotliwego projektu. Ona przychodzi w spotkaniu i rodzi się ze słuchania.
Świadek to nie ktoś, kto tylko „nadaje komunikat”, ale ktoś, kto spotyka konkretnego człowieka twarzą w twarz. Dlaczego to spotkanie musi mieć charakter dwustronny? Ponieważ Bóg nigdy nie objawia się w próżni – On zawsze objawia się pomiędzy osobami. Jeśli moje świadectwo nie zakłada otwartości na odpowiedź, pytania, historię drugiego człowieka, to nie naśladuję Chrystusa, lecz algorytm, który jednostronnie serwuje nam dopasowane do naszego profilu treści, aby uzyskać jak najlepszy skutek. To działanie podobne do heurystyk sztucznej inteligencji – zoptymalizowane, ze zmaksymalizowanym prawdopodobieństwem sukcesu i stale rosnącymi zasięgami i wpływami.
Nowy prozelityzm
Chrześcijańskie świadectwo to absolutne przeciwieństwo religijnego marketingu czy nawet najbardziej sprytnego i jednocześnie delikatnego prozelityzmu. Dzisiejszy świat jest przesycony ofertami, które chcą nas pozyskać lub skonwertować na daną opcję. Jeśli nasze bycie w sieci lub w parafii zamienia się w próbę „sprzedania” Chrystusa za pomocą sprytnych sztuczek czy agresywnego udowadniania racji, de facto zaprzeczamy wielkanocnej nowinie.
Świadek nie jest handlowcem. On nie manipuluje emocjami, by dobić targu. On po prostu dzieli się tym, co sam otrzymał. Świadczenie to nie monolog, którym chcemy wywrzeć wpływ, by podbić własne statystyki. To pokorne pokazanie własnym życiem: spotkałem Kogoś, kto przemienił moje serce. Prawdziwe głoszenie Ewangelii zaczyna się tam, gdzie kończy się jednostronny marketing, a zaczyna autentyczna obecność i otwartość na drugiego człowieka.
Wielkanoc bez filtrów
Zmartwychwstały Pan nie wrócił do uczniów jako wyidealizowany awatar o nieograniczonych zasięgach. Przyszedł z ranami. To ważna wskazówka dla nas: świat nie potrzebuje naszych wyretuszowanych życiorysów, ponieważ one mogą pociągać tylko pozornie, a budowane na nich relacje będą powierzchowne. Świat potrzebuje autentycznych świadków, którzy mają chęć, czas i odwagę spotkać się naprawdę z drugim człowiekiem. Być świadkiem w tym wielkanocnym czasie to mieć odwagę wyjść poza bezpieczny, jednostronny przekaz ekranu.
Choć pewnie nadal będziemy zerkać, co słychać u naszych influencerów, musimy pamiętać, że nawet najpiękniejsze i najbardziej interesujące treści nie zastąpią prawdziwej relacji. Nadajmy najwyższy priorytet autentycznym relacjom, których jakości nie mierzy się przecież w liczbie wyświetleń i udostępnień. Warto więc zapytać siebie: Czy w domu i w sieci buduję więź, czy tylko nadaję komunikaty i nie oczekuję odpowiedzi? Czy mam odwagę pokazać innym swoje rany – te miejsca, w których podnosi mnie Bóg? Czy może wolę budować cyfrowy pomnik własnej nienaganności?
Ostatecznie chrześcijaństwo to nie idea, którą się promuje za pomocą technik wywierania wpływu – nawet z najlepszymi intencjami. To wydarzenie spotkania żywego Jezusa, często tam, dokąd akurat zmierzamy, wcale się tego nie spodziewając. Spotkanie, w którym On posyła i czyni nas świadkami.

