Świadectwo życia

Aby świadectwo było przekonujące, muszę sama mieć pewność, że praktykowanie wartości chrześcijańskich
to nie tylko droga do zbawienia duszy, lecz także recepta na szczęśliwe życie doczesne, mimo trudności i porażek.

MARIA WANKE-JERIE

Wrocław

DEPOSITPHOTOS

WEwangelii według św. Mateusza czytamy: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (5, 14-16).
Żyjemy w epoce, w której ludzie potrafią mieć dostęp do całej wiedzy ludzkości w telefonie noszonym w kieszeni, a jednocześnie czują się bardziej zagubieni niż kiedykolwiek. Media społecznościowe dają pozorny kontakt ze światem, pokazują zdjęcia i filmy, które zwodzą nas obrazami idealnego życia, pięknych kobiet o doskonałych kształtach, przystojnych mężczyzn imponujących muskulaturą, bogactwem na wyciągnięcie ręki… Obrazy przeplatane reklamami, których głównym przekazem są komunikaty: „poczuj smak szczęścia”, „jesteś tego warta”, „nie możesz się temu oprzeć”, zachęcają do niepohamowanej konsumpcji, promują hedonizm, pokazują nieistniejący świat, który staje się punktem odniesienia. Jak w tych okolicznościach może odnaleźć się chrześcijanin, pamiętając, że powinien być „światłością świata”?
Największym niebezpieczeństwem dla wartości w Polsce nie są dziś prześladowania, choć i one wracają czasem w nowych odsłonach. Najpoważniejszym zagrożeniem jest niewidoczność. Chrześcijaństwo, które nikomu nie przeszkadza, nikogo nie pociąga i nie interesuje. Staje się solą, która straciła smak, światłem schowanym pod korcem.

Jak być zatem światłem dla tego świata, który nas otacza? Przede wszystkim to nie my mamy świecić własnym światłem, ale powinniśmy być na tyle przejrzyści, aby przez nas widać było Chrystusa. Dlatego to nie powinno być świadectwo głośne – wszak On był cichy i pokornego serca. A więc żadna agresywna apologetyka czy grożenie palcem. Chodzi raczej o to, żeby ludzie, patrząc na nas, pytali: „Skąd on ma taką siłę, żeby przebaczyć?”, „Skąd ona czerpie inspirację, by z taką czułością opiekować się chorym mężem, choć demencja sprawia, że już jej nie poznaje?”, „Jak to możliwe, że staruszkowie, którzy przeżyli ze sobą kilka dekad, wciąż zachowują się jak narzeczeni?”, „Jak to się dzieje, że taka zwyczajna kobieta w każdej potrzebie potrafi nieść pomoc swoim sąsiadom?” albo „Skąd ona czerpie radość i pogodę ducha, mimo że wszystko straciła i powinna popaść w rozpacz?”.
Matka Teresa z Kalkuty na pytanie, co należałoby zmienić, aby świat był lepszy, odpowiadała krótko: „Ciebie i mnie”. Powtarzała też: „Idź do domu i kochaj swoją rodzinę”. Przekonywała, że nie musimy robić wielkich rzeczy, tylko małe, ale z wielką miłością.
Taka postawa to świadectwo życia, które nie krzyczy „patrzcie na mnie”, tylko cicho mówi: „patrzcie na Niego przeze mnie”. Patrzcie, jak traktuję tych, którzy mnie ranią, jak znoszę własne porażki, złożone obietnice. To powinno być światło, które nie gaśnie pod korcem duchowego lenistwa ani lęku przed odrzuceniem. Światło, które nie skupia uwagi na sobie, tylko wskazuje drogę. Może jeszcze ktoś inny nią podąży?