Służąc pojednaniu. Wspomnienie o śp. Wojciechu Hannie (1964–2026)
Wiadomość o odejściu Wojciecha Hanna poruszyła nie tylko jego najbliższych,
lecz także całe środowisko inteligencji katolickiej i społeczników Wrocławia.
Współtwórca i były prezes Towarzystwa im. Edyty Stein (1990–1992) był człowiekiem,
który potrafił przekuwać intelektualne idee w żywe relacje, a dialog polsko-niemiecki
traktował nie jako polityczne zadanie, lecz jako chrześcijańską misję budowania mostów.
WOJCIECH IWANOWSKI
„Nowe Życie”
Uczniowie pierwszej klasy XIV LO im. Polonii Belgijskiej we Wrocławiu.
W środku Wojciech Hann
FOT. ARCHIWUM PRZYJACIÓŁ
Wojciech Hann należał do pokolenia, które wchodząc w dorosłość na przełomie epok, poczuło ogromną odpowiedzialność za kształt wolnej Polski. Jego droga do Towarzystwa im. Edyty Stein prowadziła przez Klub Inteligencji Katolickiej i środowisko akademickie Uniwersytetu Wrocławskiego. Choć organizację tę budowały dwie grupy o różnej wrażliwości, Wojciech Hann, jako nieformalny lider jednej z nich, od początku dążył do współpracy opartej na życzliwości i wspólnym fundamencie wartości.
Szkoła wiary i wolności u dominikanów
Niezwykle ważnym rozdziałem w życiu Wojciecha Hanna była jego działalność we wrocławskim duszpasterstwie akademickim przy klasztorze dominikanów. Wojciech należał do wyjątkowego środowiska skupionego wokół legendarnego o. Ludwika Wiśniewskiego OP, który dla młodych ludzi tamtego czasu był mistrzem wiary zaangażowanej i odważnej. W tych samych ławach i podczas tych samych dyskusji formowały się postacie, które miały później wywrzeć ogromny wpływ na polskie życie publiczne i duchowe: prof. Bożena Szaynok, Jarosław Obremski (późniejszy wojewoda dolnośląski, wieloletni samorządowiec) czy Piotr Kolbusz (przedsiębiorca).
To właśnie w murach klasztoru przy Pl. Dominikańskim, w atmosferze otwartości i krytycznego myślenia, hartowała się wrażliwość społeczna Wojciecha Hanna. Tam też poznał Monikę, z którą związał się węzłem małżeńskim. Formacja pod okiem o. Ludwika nauczyła go, że chrześcijaństwo musi owocować w dialogu, prawdzie i konkretnym działaniu na rzecz bliźniego, co później stało się fundamentem jego pracy w Towarzystwie im. Edyty Stein.
Architekt wspólnoty i strażnik wartości
Towarzystwo im. Edyty Stein, którego Hann był współzałożycielem, stało się dla niego czymś więcej niż tylko instytucją. Było przestrzenią, w której spotykały się różne biografie i pokolenia. Marian Łukaszewicz, prezes TES w latach 1993–2001, wspomina, że choć założyciele wywodzili się z różnych pni – jedna grupa skupiona wokół ks. Jerzego Witka SDB, druga, pod wodzą Wojciecha Hanna, z KIK-u – to właśnie dzięki Hannowi udało się stworzyć atmosferę „sympatycznej współpracy”, w której spory ustępowały miejsca wspólnemu celowi. W ten proces Wojciech wciągnął całą swoją rodzinę: mamę oraz żonę Monikę, czyniąc z Towarzystwa niemal wspólnotę domową.
Członkowie TES wspominają go jako człowieka, który nadał organizacji jej unikatowy profil. Anita Stefańska-Czarniecka podkreśla, że był jedynym prezesem, dla którego idea pojednania i dialogu była absolutnie nadrzędna – ważniejsza niż osobiste ambicje czy kariera naukowa. Zrezygnował z własnych planów, by całą energię włożyć w tworzenie międzynarodowych sympozjów i budowanie żywych więzi z niemieckim Towarzystwem im. Edyty Stein.
Intelekt w służbie dialogu
Niezwykła sprawność intelektualna Hanna, objawiająca się m.in. biegłą znajomością trzech języków, nigdy nie służyła popisowi. Arkadiusz Hojny, późniejszy prezes Towarzystwa, do dziś nosi w pamięci obraz Wojciecha, który z niezwykłą swobodą tłumaczył wykłady, dbając nie tylko o poprawność słów, ale przede wszystkim o wzajemne zrozumienie ludzi po obu stronach rozmowy. „Wojtek miał niezwykłą zdolność szybkiego kojarzenia faktów i zadawania pytań, które naprawdę miały znaczenie” – wspomina Hojny, dodając, że jego praca w obszarze wymiany młodzieżowej do dziś stanowi fundament działań TES.
Z kolei Michał Bieganowski zapamiętał go jako człowieka naturalnego, wręcz „fajnego”, który mimo ogromnych kompetencji nigdy nie dominował w dyskusji, lecz swoją obecnością budził zaufanie i otwartość młodszych pokoleń.
Gesty proste i wymowne
W pamięci przyjaciół zapisały się obrazy, które najlepiej oddają jego duchowość i styl bycia. Marian Łukaszewicz wspomina wspólny wyjazd do Karlsruhe, gdzie wraz z nim służył do Mszy św. celebrowanej przez kapelana znającego osobiście Edytę Stein. Ten prosty gest służby przy ołtarzu był symbolem jego postawy życiowej: dyskretnej obecności tam, gdzie dzieją się rzeczy ważne dla ducha.
Przyjaciel z czasów studenckich, Paweł Skrzywanek, nazywa go „Wielkim Zderzaczem Hadronów” i wspomina, że Wojtek był zawsze w pędzie, zawsze zaangażowany. Potrafił nocą, w głębokim śniegu, iść pieszo z Lądka do Bielic tylko po to, by dotrzymać danego słowa i wygłosić prelekcję dla opozycji akademickiej. Ta rzetelność i wierność obietnicom czyniły go postacią wyjątkową w oczach wszystkich członków Towarzystwa.
Ślady, które nie giną
Choć jego formalna prezesura zakończyła się lata temu, ślady pracy Wojciecha Hanna wciąż prowadzą nowych członków Towarzystwa im. Edyty Stein. Uczył nas, że dialog nie jest tylko teorią zapisaną w książkach, lecz także codzienną praktyką uważności na drugiego człowieka.
Dziś, gdy żegnamy śp. Wojciecha Hanna, pozostaje w nas głęboka wdzięczność. Wierzymy, że Ten, który jest Panem wszelkiego Pokoju, przyjmie do siebie sługę, który na ziemi tak wytrwale zabiegał o porozumienie. Jego postać pozostaje ważnym punktem odniesienia dla Towarzystwa – dowodem na to, że prawdziwa idea żyje w ludziach, których zdołała połączyć.
Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.
Eucharystia podczas spływu kajakowego na Roztoczu sprawowana
przez o. Ludwika Wiśniewskiego OP przy asyście Wojciecha Hanna
FOT. JAROSŁAW MULARCZYK
Pisząc tekst, korzystałem
ze wspomnień zebranych
przez Towarzystwo im. Edyty Stein
we Wrocławiu oraz z życzliwej
rady Pawła Skrzywanka.

