MAŁŻEŃSTWO (NIE)DOSKONAŁE
Bóg naprawdę marzy o rodzinie
„Nasze rodziny – choć nieidealne – są najpowszechniejszą
i najbardziej naturalną drogą prowadzącą do świętości”.
ANNA I OLGIERD UNOLDOWIE
Wrocław
Inscenizacja podczas Orszaku Trzech Króli w Nadolicach Małych, 2019 r.
AGATA COMBIK/FOTO GOŚĆ
W ostatnią niedzielę grudnia – uroczystość Świętej Rodziny – podczas Mszy św. czytany był list pasterski biskupów zebranych na spotkaniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski. Można by nad nim przejść do porządku dziennego, to nie pierwszy i zapewne nie ostatni list biskupów do wiernych odczytywany zamiast homilii. Ten był jednak wyjątkowy. Niezwykłe w nim było kompleksowe, piękne i bardzo prawdziwe ujęcie życia rodziny i w rodzinie, pozbawione niepotrzebnego patosu i zbędnych słów.
Warto wrócić do niektórych zawartych w liście myśli. Przede wszystkim że nikt w rodzinie nie jest zbędny. Każdy jest inny, jak inni byli Jezus, Maryja i Józef, i każdy jest ważny – nawet staruszek, „który już nie pamięta imion wnuków”, i małe dziecko, które jeszcze nie mówi. Obydwoje słabi i wymagający opieki. Jak Jezus, który będąc wcielonym Słowem, powierzył się ludziom i zdał się na ich opiekę. Bezbronność, słabość, choroba i starość tylko w przestrzeni rodziny zyskują swoją prawdziwą wartość.
Autorzy listu zwrócili też uwagę, że sakramentalne małżeństwo wykracza poza relację osób, które się kochają. To dzięki łączącemu małżonków sakramentowi „tam, gdzie kończą się nasze siły, zaczyna się łaska”. To dzięki tej łasce możemy ciągle na nowo odnawiać nasze miłosne przymierze, podejmować pracę nad sobą, przebaczać sobie nawzajem. I dzień po dniu uczyć się być coraz bliżej siebie.
To jest jednak trudne zadanie i rację mają biskupi, pisząc, że konieczne jest szukanie w małżeństwie czasu na rozmowę. Nie chodzi tu o tzw. rozmowę operacyjną, dotyczącą naszych codziennych obowiązków i zadań, ale taką, która dotyka naszych serc. W której możemy podzielić tym, czym żyjemy, czego się lękamy, o czym marzymy.
Również tym, co nas boli, z czym nie dajemy sobie rady, czego nie rozumiemy we współmałżonku. Dobrej rozmowy można się nauczyć. Zaczyna się ona nie od mówienia, ale od słuchania. Słuchania całym sobą, bez przerywania rozmówcy, bez ponaglania. Słuchania, w którym nie wydajemy przedwczesnych werdyktów, czekamy do końca i upewniamy się, czy dobrze zrozumieliśmy. To ma nas doprowadzić do zrozumienia drugiej osoby, co jest kluczem prawdziwego porozumienia. Ponieważ rozmowa tak naprawdę nie ma na celu szukania rozwiązania jakiegoś problemu, lecz ma być okazją do umocnienia naszej więzi. Sprawia też, że stajemy się sobie bliżsi. Problem już nie dzieli, ale łączy, staje się dla nas wspólnym wyzwaniem, a nie przeszkodą.
Sztuką jest słuchanie, ale nie mniej ważne jest umiejętne mówienie. Zaczynanie zdań od takich słów, jak: „ty zawsze”, „ty nigdy”, zamyka nas natychmiast na jakiekolwiek dzielenie się, dlatego w rozmowie powinniśmy unikać jak ognia wszelkich ocen. Mogą bowiem być one krzywdzące i nieprawdziwe, ponieważ jesteśmy dla siebie tajemnicą. Najbezpieczniej jest mówić o sobie, o własnych uczuciach, o tym, co ja przeżywam w kontekście poruszanego problemu. Pozwala to małżonkowi zobaczyć mój świat, najczęściej niedostępny, zrozumieć i w konsekwencji przyjąć. Dopiero takie stanięcie w prawdzie przed sobą umożliwia zrobienie kolejnego kroku. Rozmowa jest kluczowa dla trwałości małżeństwa, gdyż zazwyczaj „miłość nie umiera od wielkich zdrad”, ale – jak zauważają słusznie autorzy listu – ginie po cichu, „od braku rozmowy, od ironii, od zmęczenia, którego nikt nie nazwie, od braku czasu dla siebie i ukrywanych pretensji”. I idąc za radą biskupów, rzeczywiście warto zaplanować w kalendarzu czas na spotkanie, na rozmowę, na odnowienie więzi. Bo „Bóg marzy o rodzinie, która jest domem dla miłości”.

