KS ANDRZEJ DRAGUŁA

Zielona Góra

Od estetyki do religii

Wybitny polski malarz Jan Cybis (1897–1972) pisał: „Dla człowieka religijnego obojętne jest, czy św. Teresa jest dobrze namalowana, czy nie. Inne to są namiętności” (Notatki malarskie. Dzienniki 1954–1966). Wydaje się, że miał rację. Dzieła wielkich mistrzów rzadko są przedmiotami kultu religijnego. W ubiegłym roku udałem się w Rzymie do Kościoła pw. Matki Bożej Zwycięskiej oraz francuskiego Kościoła św. Ludwika. W obu znajdują się wybitne dzieła sztuki. W tym pierwszym – Ekstaza św. Teresy dłuta Berniniego, w tym drugim – Nawrócenie św. Mateusza pędzla Caravaggia. Przed oboma kłębił się tłum, nikt jednak się nie modlił. Ja również nie. Ktoś zauważy, że żadne z tych dzieł nie było pierwotnie przeznaczone do modlitwy. I słusznie. Oba chcą coś powiedzieć, zilustrować jakąś prawdę, ale żadne z nich nie ma za zadanie prowokować do modlitwy.
Temat napięcia istniejącego między sztuką a religią wciąż powraca. Dobrze wiemy, że nie każde dzieło o tematyce religijnej jest jednocześnie dziełem sakralnym w ścisłym tego słowa znaczeniu – dziełem epifanicznym, czyli czyniącym Boga obecnym pośród nas. Odpowiedź na pytanie, które dzieło spełnia kryterium sakralności, nie jest oczywista.
Kościół wschodni ze swoją tradycją ikon zabezpieczył sakralność wizerunku poprzez kanon ikonograficzny. Biskup Michał Janocha, profesor historii sztuki i znawca ikon, niedawno uświadomił mi rzecz, z której nie zdawałem sobie sprawy. Zachodnie malarstwo identyfikuje świętych poprzez przypisane im atrybuty: św. Jadwiga Śląska pokazywana jest z makietą kościoła w rękach, św. Brat Albert z chlebem, św. Teresa z Lisieux z różami itd. Inaczej w Kościołach wschodnich, gdzie istnieje coś, co by można nazwać pamięcią oblicza – dzięki temu św. Mikołaja od innego świętego biskupa odróżnia się właśnie wyglądem, a nie atrybutem. To ciekawe, że ikona łączy w sobie dwie perspektywy: ukazuje bowiem świętego już jako uwielbionego, a jednocześnie jeszcze zachowuje jego ziemskie rysy. Tak, ikony chcą także pokazać, jak wyglądał Jezus czy Jego Matka.
Na twarzy św. Teresy Berniniego czy św. Mateusza Caravaggia próżno szukać znamion przebóstwienia. Ona jest w ekstazie, owszem, ale to jeszcze nie jest chwała niebios. On pokazany jest w sytuacji historycznej, w chwili powołania. Artysta chciał ukazać moment zaskoczenie i zdziwienia na twarzy wzywanego. Nasze, często niepiękne obrazy umieszczone w kościołach odgrywają dobrze swoją rolę, nie będąc wybitnymi dziełami sztuki. Jak pisał Cybis, to są „inne namiętności”. Czy jednak zachwyt estetyczny nie może prowadzić do zachwytu religijnego? Tak działa architektura sakralna, święty tekst, muzyka religijna. Czy nie może tak zafunkcjonować obraz – że zachwyt artystyczny przekształci się w religijne uniesienie? Nie wykluczałbym tego. Nie da się przecież ograniczyć działania Bożej łaski.