
MARTA WILCZYŃSKA
Środa Śląska
Na swoim miejscu
W rodzinnym rozgardiaszu, wśród głośno bawiących się dzieci miewam takie momenty, gdy chciałabym pobyć sama… Myślę wtedy, że w zakonach mają fajnie – cisza i spokój. Na chwilę mogłabym się zamienić, ale raczej krótką, bo w gruncie rzeczy nie mam wątpliwości, że wybrałam dobrą drogę. Choć nie była ona oczywista, a w latach młodzieńczych rozważałam wstąpienie do zakonu. To były trochę inne czasy, ponieważ kiedy byłam nastolatką i zastanawiałam się nad tym, co będę robić w życiu, o powołaniu mówiło się głównie w kontekście bycia księdzem lub zakonnicą. Nie kojarzę, by jakoś szeroko wspominało się o powołaniu do życia w rodzinie, w małżeństwie. Powołanie stawało się przez to czymś ekskluzywnym, zarezerwowanym dla wybranych. Dzisiaj wiem, że do mojego wyboru też zostałam powołana. Bóg wezwał mnie i uzdolnił, żebym była żoną i mamą.
Mam w sobie to przekonanie, a jednak czasem myślę, że w jakiejś sytuacji siostry mają lepiej. Być może zakonnice, bracia zakonni czy księża, trwając wiernie w swoim powołaniu, też mają myśli o tym, że w rodzinie jest łatwiej. Zapewniam: nie jest! Kluczowe jest jednak to, że dziś już nie traktuje się powołania jednostronnie, a wszystkie drogi stawia się na równi – nie ma lepszej czy gorszej, łatwiejszej czy trudniejszej. Każda z nich niesie dla powołanego zarówno trud, jak i radość. Idealizowanie przynosi więc jedynie frustrację. Tymczasem wszystkich powołanych łączy odkrycie, że jesteśmy na właściwym miejscu.
Nie jesteśmy jednak odosobnieni, nawet jeśli wybieramy zamknięty zakon. Jesteśmy sobie nawzajem ogromnie potrzebni – przecież razem tworzymy wspólnotę wierzących. I myślę, że mogę sparafrazować słowa przypisywane św. Janowi Marii Vianneyowi i powiedzieć: takie mamy siostry i braci zakonnych, takich mamy kapłanów, takich mężów i żony, jakich sobie wymodlimy. Modlę się więc – szczególnie w lutym – za wszystkie osoby konsekrowane. Dziękuję, że jesteście na swoim miejscu!

