Gwiazda, która łączy Europę
O szukaniu śladów wrocławskiej Świętej, odkrywaniu na nowo miejsca jej urodzenia i marzeniu o wielkim szlaku kulturowym z dr. Markiem Kosendiakiem – wiceprezesem Towarzystwa im. Edyty Stein, stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz pracownikiem Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” – rozmawia
WOJCIECH IWANOWSKI
„Nowe Życie”
Wojciech Iwanowski: Panie Doktorze, projekt „Edyta Stein – Gwiazda Europy” to efekt Pana wieloletniej pracy jako badacza i społecznika oraz roku pracy stypendialnej. Co tak bardzo zafascynowało Pana w biografii Świętej?
Marek Kosendiak: Może zabrzmi to zaskakująco, ale wciąż nie znajdowałem czasu, żeby ogarnąć umysłem wszystkie miejsca, w których żyła, uczyła się, odpoczywała, a później, po swoim chrzcie św., 1 stycznia 1922 r., także modliła się i inspirowała. Zawsze wydawało mi się ich tak wiele. Lubię mówić, że te kilkaset miejsc w Europie i dziesiątki tysięcy kilometrów przebytych przez Edytę Stein – między Wrocławiem a z jednej strony górami z Dusznikami-Zdrój, Szklarską Porębą i Międzygórzem, zaś z drugiej strony Getyngą i Fryburgiem Bryzgowijskim, w ślad za mistrzem Edmundem Huserlem, oraz dziesiątkami miejscowości Niemiec, Francji, Czech i Austrii – te wszystkie podróże świadczą o potędze jej umysłu, o tym, że ją coś wciąż gnało, może jakiś niepokój, a może pragnienie odpoczynku.
Natomiast materialnym świadectwem podróży nieodbytych jest ponad tysiąc zachowanych listów z jej korespondencji z bliskimi, przyjaciółmi, uczennicami, naukowcami i papieżem… Od 10 lat zajmuję się pracą ze świadkami historii, pomagam opiekować się miejscami pamięci, współtworzyłem wiele wydarzeń i działań o charakterze edukacyjnym i popularyzacyjnym. Ten projekt sobie wymarzyłem. Siadłem na łodzi na Mazurach i zadałem pytanie: co bym chciał zrobić, gdyby mi dano szansę zrealizować jakiś szalony pomysł. I spisałem to, co drzemało we mnie od długiego czasu.
Wspomina Pan czasem, że interesują Pana powody, dla których ludzie odwiedzają miejsca związane z ofiarami Zagłady. Jakie motywacje najczęściej wymieniali uczestnicy Pana podróży studyjnych?
Nie ma jednej prostej odpowiedzi. Na pytanie, dlaczego odwiedziliby miejsce związane z Edytą Stein, przeszło 80 proc. ankietowanych odpowiedziało, że chciałoby się w ten sposób dowiedzieć czegoś więcej o niej samej. Ale niewiele mniej jest ciekawych świata i lokalnych historii oraz chciałoby poczuć klimat takiego miejsca. Moim zdaniem świadczy to o tym, że ludzie lubią, gdy pokazuje się Edytę Stein (czy inne wielkie postaci) w kontekście, który rozumieją czy który ich interesuje. To choćby historia rozwoju lokalnego biznesu drzewnego, zabytku, z którego są dumni, czy w końcu wpleciona opowieść o Edycie Stein przemierzającej las na wzgórzach Ślęży lub błąkającej się jako dziecko po podwórkach Nadodrza czy Ołbina. Ta wielka historia nabiera życia i dotyka swoją prostotą, bliskością, pięknem.
Jednym z sukcesów projektu jest jednoznaczne wskazanie domu urodzenia Edyty Stein przy ul. Dubois 26 we Wrocławiu. Dlaczego to odkrycie jest tak ważne dla narracji o europejskiej drodze Patronki Europy?
W trakcie dziesiątek spotkań w zeszłym roku poznałem wspaniałych regionalistów z Lublińca, Gliwic, Dobrodzienia, Fryburga i Kolonii, z Echt. To są ludzie pasji. Poświęcają cenne godziny na szperanie, z którego zrodziła się potrzeba weryfikowania dotychczasowych opowieści, naszych – wrocławskich. Bezpośrednim motywem do zbadania lokalizacji miejsca narodzenia Edyty był zaczepny komentarz na Facebooku pod ogłoszeniem o spacerze śladem sześciu miejsc zamieszkania rodziny Stein na wrocławskim Nadodrzu i Ołbinie.
Popiersie Edyty Stein w Kościele Saint-Germain-des-Prés w Paryżu
FOT. ARCHIWUM M. KOSENDIAKA
„A czy zna pan artykuł pana Sławomira Kowalewskiego” i dalej: „on dochodzi do innych wniosków” (por. S. Kowalewski, Puste miejsce czekające, NŻ 2021, nr 5–6). Nawiązywał do artykułu sprzed kilku lat właśnie z „Nowego Życia”, który zupełnie nie odbił się echem we Wrocławiu. I tak wybrałem się do Archiwum Państwowego. Poszedłem ścieżką jednego ze współzałożycieli Towarzystwa im. Edyty Stein z końca lat 80. Do jego argumentacji dorzuciłem rozmowy z wrocławskimi przewodnikami, kwerendę materiałów kartograficznych, ale i dokumentów takich jak świadectwo urodzenia Edyty Stein czy wyciągi z ksiąg adresowych i okazało się, że przez ponad 40 lat błędnie określaliśmy to miejsce. Ktoś może pomyśleć, że przeceniam ten fakt, ale dla mnie jest to proste. Jak możemy nie znać i nie zachwycać się tym, że Patronka Europy, jedna z najbardziej rozpoznawalnych na świecie Wrocławianek, urodziła się na dzisiejszej ul. Dubois pod numerem 26.
Dla mnie ten moment był wykrzyknięciem „Heureka!”. Określam to „ponownym odkryciem”, ponieważ tak rzeczywiście było.
Opactwo św. Marcina w Beuron, skąd Edyta Stein napisała m.in. list do
papieża Piusa XI
FOT. ARCHIWUM M. KOSENDIAKA
W trakcie seminarium, które zgromadziło prawie 20 pasjonatów historii Edyty Stein, dyskutowaliśmy o tym, że dla chrześcijańskiej tradycji szczególnie ważne są miejsca śmierci, zwłaszcza gdy mówimy o męczennikach. Duże znaczenie dla kultu ma zwykle miejsce pochówku, ale w przypadku Edyty Stein – św. Teresy Benedykty od Krzyża tego miejsca nie mamy. Jej prochy zostały rozsypane razem z milionami innych ofiar Zagłady w Auschwitz-Birkenau. Tym większa może być więc rola miejsca urodzenia. Przed domem rodzinnym Steinów przy ul. Nowowiejskiej 38 został ponad 15 lat temu zamontowany kamień pamięci, tzw. Stolperstein, właśnie dla upamiętnienia ofiar Zagłady. Nie jest to jednak jedyny możliwy sposób. Podczas ubiegłorocznego Festiwalu Edyty Stein, poza uroczystościami kościelnymi we wspomnienie św. Teresy Benedykty od Krzyża – Edyty Stein, świętowaliśmy też dzień jej narodzin. To ważne, ponieważ miejsce urodzenia jest zawsze znakiem nadziei. Ze słów samej Edyty Stein z kolei wiemy, że dniowi temu jej matka Augusta przypisywała szczególne znaczenie, gdyż przypadł wtedy Dzień Pojednania. Edycie przywiązanie do tego faktu towarzyszyło przez całe życie. Może takie miejsce urodzenia mogłoby być znakiem pojednania i dziś?
W trakcie realizacji projektu odwiedzili Państwo wiele miejsc – od radosnych śladów dzieciństwa na Śląsku po dramatyczną rampę w Auschwitz-Birkenau. Który z tych przystanków wywołał wśród uczestników najgłębsze poruszenie duchowe?
Trudno powiedzieć. Łzy pojawiały się często. Przejmujący był moment, gdy we Wrocławiu szliśmy szlakiem jej ostatniej podróży z matką Augustą z 12 października 1933 r. Na kolejnych przystankach czytałem fragmenty Dziejów pewnej rodziny żydowskiej – wspomnienia Edyty o jej pobycie w Breslau i pożegnaniu z matką. Jak makiem zasiał, ogarnęła nas cisza i poruszenie. Idąc jej śladami, czuliśmy się, jakbyśmy przemierzali tę drogę z nią samą. Można było niemalże odczuć wzruszenie Edyty i żal jej matki…
W jaki sposób wspólne wędrowanie śladami św. Teresy Benedykty od Krzyża pomagało uczestnikom budować dialog ponad podziałami?
Opowiem o czymś, czego się nie spodziewałem. Było to w Chemnitz przy okazji wystawy Towarzystwa „Edyta Stein rozbłyskujący klejnot ukryty w Chemnitz”. Na wieczorny spacer pamięci przyszło ponad 40 osób. Niemcy, którzy nigdy nie słyszeli, że „ta Edyta Stein” była dwukrotnie w ich mieście u wuja Dawida Couranta w 1909 i 1911 r. Czułem się oczarowany uczestnikami. Szli w tym spacerze katolicy, protestanci, byli przestępcy, podopieczni miejscowych Misjonarek
Miłości od Matki Teresy. Wielu ze starszych uczestników to przesiedleńcy z okolic Wrocławia… Przyszli z bardzo różnych powodów i nie chcieli się rozejść po zakończeniu. Staliśmy jeszcze długo koło kamienia upamiętniającego miejscową synagogę spaloną w 1938 r. Może stwierdzenie, że budowaliśmy dialog ponad podziałami, to za dużo. Ale jednak może w dzisiejszym świecie nie potrzeba więcej. O tym właśnie mówił mi br. Jakobus – pustelnik ze wspólnoty św. Marcina w Beuron. Idea tak prosta, że każdy mógłby i powinien na to wpaść.
Z Pana badań wynika, że uczestnicy szlaku to w dużej mierze osoby dumne z lokalnej historii i zabytków. Jak udaje się łączyć ten lokalny patriotyzm z uniwersalnym, europejskim wymiarem kultu Edyty Stein?
Jeszcze nie wiem, czy to się udaje. Wiem natomiast, że u wielu spotkanych w tym roku osób istnieje głębsza potrzeba przeżywania lokalnej tożsamości. I chodzi tu często o dumę z naszej części dzielnicy, z naszego podwórka. Mamy potrzebę przeżywać siebie jako część tego lokalnego dziedzictwa.
Jednocześnie ankietowani, zwłaszcza młodsi, są dumni z historii i wydarzeń ważnych dla regionu i całej Europy. Pewnie wymaga to poszerzonej analizy. Dla mnie to potwierdzenie zmian w społeczeństwie. Jako dumny mieszkaniec podzamcza w Sobótce czy osiedla Ołbin we Wrocławiu rozumiem siebie jako uczestnika kultury europejskiej. Postaci takie jak Edyta Stein pomagają się odnaleźć w dzisiejszym świecie. Można ją właśnie tak czytać: podbiła sale wykładowe Niemiec, przemawiała w radiu czy do księżnej w Dolnoaustriackim Pałacu w Wiedniu, a równocześnie zanurzała się w walorach przyrodniczych, duchowych i kulturalnych lokalnych przestrzeni. Urodziła na Nadodrzu we Wrocławiu, biegała po uliczkach Ołbina, bawiła się na dzisiejszym Pl. Nankiera. Korzystała z uroków gór Schwarzwaldu, z kawiarni Fryburga, chodziła na lody na ul. Szewską we Wrocławiu. Jest to przejmujące, że ta, która dyskutowała na równi z największymi głowami pierwszej połowy XX w., tłumaczyła pisma kard. Jana Newmana i św. Tomasza z Akwinu, prowadziła otwarte seminarium filozoficzne – zwane przez nią przedszkolem filozoficznym – w salonie kamienicy przy ul. Nowowiejskiej 38 we Wrocławiu. Europa zagląda do naszego wrocławskiego Domu Edyty Stein, ale wiele z jej większych dzieł powstało właśnie w tym salonie.
Jakie są kolejne kroki niezbędne do tego, by „Edith Stein’s European Route” stała się oficjalnym Europejskim Szlakiem Kulturowym?
Trudność polega na tym, że proces certyfikacji od pojawienia się idei do finału trwa od 5 do 10 lat. Obecnie w Europie istnieje 49 szlaków kulturowych, a kilka z nich jest poświęconych konkretnym postaciom. Najsłynniejszy to powstały już w 1987 r. Szlak św. Jakuba (Szlaki Pielgrzymkowe do Santiago de Compostela), są także szlaki Mozarta, św. Marcina z Tours, Świętych Cyryla i Metodego czy najnowszy Szlak św. Franciszka z 2025 r. W głowie brzmią mi słowa, które padły we Fryburgu: warto zrobić to roztropnie, zadając sobie pytanie o to, kto w przyszłości będzie się opiekował tą ideą, czyimi siłami to będzie koordynowane. W Polsce, owszem, spotkałem wspaniałych przedstawicieli polskiej Drogi św. Jakuba, jestem wdzięczny naszemu wrocławskiemu Andrzejowi Koflukowi za sugestie i porady. We wrześniu miałem okazję rozmawiać z Moniką Dziobek-Motyką z Muzeum Żup Krakowskich w Wieliczce, która prowadzi bardzo ciekawy i unikatowy na skalę krajową proces wiodący do utworzenia i certyfikacji kulturowego Szlaku Solnego wokół Historycznych Ośrodków Produkcji Soli w Europie. Taka inicjatywa powinna być aktywna dłuższy czas przed certyfikacją, ale i po niej, gdyż tę można utracić. Dlatego podczas planowania trzeba działać dalekowzrocznie – zacząć od wspierania istniejących tradycji, od sieciowania liderów, stowarzyszeń i instytucji oraz zaplanowaniu działań wspierających.
Jaką rolę w kontynuacji tego dzieła widzi Pan dla wrocławskiego Domu Edyty Stein oraz Towarzystwa im. Edyty Stein?
Jest to dla mnie naturalne, że centrum i sercem przyszłego szlaku Edyty Stein będzie Dom Edyty Stein we Wrocławiu. Na pewno Towarzystwo powinno być instytucjonalnym wyrazem tej idei. Jednak do wszystkiego potrzeba ludzi, osób otwartych na wyzwania i chętnych podjąć się pracy merytorycznej i organizacyjnej. Miniony rok był dla mnie pod tym względem wymagający. Łączyłem stypendium z pracą zawodową i zaangażowaniem społecznym, co często działo się kosztem czasu dla rodziny. Jeśli ktoś czuje, że mógłby się w tworzenie szlaku zaangażować, z pewnością odnalazłby się w naszym Towarzystwie im. Edyty Stein. Jest ono otwarte na nowych członków.

