PIOTR SUTOWICZ

Wrocław

Czy wszystko jest naszym dziedzictwem?

Jako mieszkańcy Dolnego Śląska musimy się zmagać z nieoczywistym dziedzictwem dziejów. Czy jako spadkobiercy polskiej wspólnoty kulturowej istniejącej od stuleci jesteśmy jakoś szczególnie winni pamięć choćby dynastii Hohenzollernów? Ten przykład rozpala spór polityczny. Dyskusja, która toczy się we Wrocławiu, i chyba nie tylko, dotyczy tego, czy w imię przywracania oryginalnego wyglądu Mostu Grunwaldzkiego ma na nim pojawić się napis „Kaiser-Brücke”, jak chce strona urzędowa. Zwolennicy powrotu napisu zaznaczają przy tym, że nie idzie tu o zmianę nazwy, co jest o tyle idiotyczne, że zapis ten tłumaczy się jako „Most Cesarski”, choć oficjalnie obiekt nadal będzie się nazywał Grunwaldzkim. Dodam, że, moim zdaniem, „do czasu”.
Fakt najważniejszy: most otwarto w 1910 r., za panowania cesarza Wilhelma II z dynastii Hohenzollernów. Napis dotyczy więc najprawdopodobniej jego, a nawet jeśli upamiętnia „tylko” cesarską dynastię Hohenzollernów, to jako Wrocławianin i Polak nie mam i nie chcę mieć z nią nic wspólnego – nie stanowi ona mojego dziedzictwa. Czasy panowania tej dynastii były okresem germanizacji i prześladowań polskości, zaś cesarze, a szczególnie Wilhelm II, budowali imperium niemieckie z bezwzględnością, której upamiętnienie się po prostu nie należy. A więc – zadam pytanie retoryczne – po co jest owo przywracanie oryginalnego napisu? Gdyby chodziło o jakąś neutralną rzeźbę czy choćby upamiętnienie konstruktora, to jeszcze można by dyskutować, a tak… Moim zdaniem, nie ma o czym.
Pomysł lansowany czy to przez polityków, czy konserwatorów z punktu widzenia pamięci historycznej do niczego nie prowadzi, a w szerszej perspektywie może nasuwać błędne przypuszczenie, że Hohenzollernom jesteśmy winni jakąś życzliwą pamięć jako wspólnota mieszkańców Wrocławia – a tak nie jest. Zwolennikom napisu na moście pragnę zwrócić uwagę, że w ciągu lat istnienia tego obiektu napisu nie było dłużej, niż był, a więc pomysł jego przywrócenia to jedynie przypomnienie epizodu historycznego dawno zamkniętego, co też powinno mieć jakieś znaczenie.
Jest jeszcze coś: jeden napis nasuwać może zagorzałym zwolennikom owego przywracania oryginalnego kształtu historycznego przestrzeni miejskiej kolejne pomysły. W końcu we Wrocławiu na Rynku przez niemal 100 lat stał Pomnik Fryderyka Wielkiego. Gdyby nie to, że ktoś po wojnie ukradł go i sprzedał na złom, byłby dziś pomnikiem całkiem wrogiego nam panowania, z jego istnieniem też bym się więc nie godził. Nie wszystko, co było kiedyś, zasługuje na przypomnienie. Na Dolnym Śląsku i we Wrocławiu mamy też swoją historię, o której warto by przypomnieć. Ale to przy innej okazji.