Ciałem i duchem
„Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25, 36) – nie „uzdrowiliście”, ale „spotkaliście
się ze Mną”. Luty jest miesiącem szczególnego myślenia o chorych i modlitwy z nimi.
Może stać się także początkiem chrześcijańskiego myślenia o naszym ciele.
PAWEŁ TRAWKA
Jałmużnik Arcybiskupi
Wizyta abp. Józefa Kupnego
w hospicjum bonifratrów z okazji
Światowego Dnia Chorego, 2016 r.
AGATA COMBIK/FOTO GOŚĆ
Choroba wyklucza, choroba odsuwa, choroba rujnuje. A jednak Kościół od samego początku widzi w niej możliwość zbliżenia się do Boga i doświadczenia Jego obecności – zarówno dla chorych, jak i dla tych, którzy się o nich troszczą.
Chorzy często zgłaszają się do mnie jako jałmużnika, prosząc o pomoc w wykupieniu lekarstw. Czasem są to drobne kwoty, ale zdarzają się też recepty opiewające na kilkaset czy kilka tysięcy złotych – dla wielu po prostu rujnujące. Chyba każdy z nas z zadziwieniem ogląda paragony z aptek czy rachunki za prywatne wizyty lekarskie. Dla wielu seniorów korzystających z pomocy parafialnych zespołów Caritas codziennością jest dramatyczny wybór: zapłacić czynsz, kupić coś do jedzenia czy wykupić leki. Pieniędzy wystarcza tylko na jedną z tych opcji.
Choroba ma jednak jeszcze jeden wymiar, który wtrąca człowieka w ubóstwo – odbiera zdolność samostanowienia, obezwładnia. Często fizycznie, gdy człowiek nie jest w stanie wstać, nalać sobie wody czy się umyć. Ale jakże często choroba krępuje także umysł, odbierając możliwość samodzielnego, twórczego myślenia. W świecie, w którym tak wiele osób doświadcza poważnych kryzysów oraz zaburzeń psychicznych, jest to ogromne pole do działania dla chrześcijan. Pole, na którym widać także nasze zaniedbania, uprzedzenia, lęk czy niewiedzę.
Duchowe i materialne
Wróćmy jednak do ciała. Jest ono utkane z materii, która – choć doświadczona skutkami grzechu pierworodnego – została stworzona jako dobra i nosi w sobie zasiew stwórczego Logosu, a za jej pomocą możemy czynić wiele dobra. Nasza wiara bywa skażona manichejskim dualizmem, który temu, co duchowe, przyznaje wyższość wobec tego, co materialne i doświadczalne zmysłami. Tymczasem Bóg, stwarzając świat, uczynił go dobrym, a Chrystus poprzez swoje wcielenie ukazał, że wszystko, a szczególnie człowiek, zostaje przebóstwione i wyniesione.
Sprawowanie Eucharystii – w której wykorzystujemy prymitywne znaki chleba i wina – jest w rzeczywistości wysublimowaną formą ukazania prawdy o obecności Boga w świecie materialnym. W końcu Jezus sam o sobie powie: „byłem chory”. To Jego wcielenie i umęczone ciało były potrzebne do naszego odkupienia. W orędziu na V Światowy Dzień Dziadków i Osób Starszych Ojciec Święty Leon XIV przytacza słowa swego poprzednika, wypowiedziane podczas jego ostatniej hospitalizacji: „Nasze ciała są słabe, ale mimo to nic nie może nam przeszkodzić w miłowaniu, w modlitwie, w ofiarowaniu samych siebie, by być – w wierze – jeden dla drugiego jaśniejącymi znakami nadziei”.
Myślę, że dość powszechne jest przeżywanie praktyk religijnych jako doświadczenia wyłącznie duchowego, dziejącego się poza sferą materialną. Pragniemy oderwać się od naszego ciała, wyjść z jego ograniczeń, rozproszeń podczas modlitwy, zapomnieć o bólu i troskach doczesności, by móc spotkać się z Bogiem. I jest to piękny sposób przeżywania wiary.
Jednak Chrystus przypomina pobożnemu Żydowi – a także nam – że cześć oddawana Bogu musi mieć konkretne odniesienie do bliźniego i jego ciała, które wymaga opatrzenia i troski. „Idź, i ty czyń podobnie” (Łk 10, 37) – usłyszał uczony w Piśmie, a wraz z nim i my.
Uświęcenie
Niedawno natrafiłem na piękne zdjęcie z pierwszej połowy XX w. Pośrodku dużej szpitalnej sali chorych klęczą pielęgniarki, rozpoczynając swój dzień pracy i posługi bliźniemu od wspólnej modlitwy. Jak bardzo brakuje nam dzisiaj takiego obrazu! Jak bardzo brakuje myślenia i przeżywania miłosierdzia jako aktu religijnego – jako bardzo konkretnej, wprost zalecanej przez Chrystusa praktyki wiary. W ten sposób świadczylibyśmy o naszym podejściu do tego, co Bóg uświęca i co staje się dla nas drogą bliskiego spotkania z Nim. Drugi człowiek jest moją drogą – ponieważ w nim nie tylko widzę ślad stwórczego zamysłu Boga, lecz także mam obietnicę spotkania samego Zbawiciela.
Przecież to ciało – moje, moich najbliższych czy po prostu mojego bliźniego, o którego się troszczę – dziś cierpiące, chorujące, słabe i bezsilne, kiedyś zmartwychwstanie. Wyznajemy wiarę w zmartwychwstanie ciała. Jak naucza Sobór Laterański IV: „wszyscy powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz posiadają”. Będą one zapewne inne, podobne do ciała Zmartwychwstałego, ale wciąż będą naszymi ciałami. Święty Paweł używa określenia „sōma pneumatikon” („ciało duchowe”), opisując nasze ciało po zmartwychwstaniu (por. 1 Kor 15, 43). Dla nas, żyjących w świecie wyraźnie oddzielającym porządek materialny od duchowego, może to brzmieć jak rzeczywistość pozazmysłowa. Jednak w tradycji filozofii stoickiej, do której odwołał się w Liście do Koryntian Apostoł Narodów, pojęcie to miało odniesienie materialne. Zatem to będzie to samo ciało, ale będzie miało inne właściwości.
Stając przed lustrem, dziękujmy za to, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. A w spotkaniu z człowiekiem chorym unośmy duszę, ducha i ciało, by wspólnie – w tym doświadczeniu – służyć samemu Chrystusowi, odwiedzać Go i spotykać się z Nim. Doświadczenie choroby upodabnia nas do Chrystusa, który wziął na siebie nasze słabości i dźwigał nasze cierpienia. Święty Tomasz z Akwinu pisał wprost, że Chrystus w swojej męce „doświadczył wszystkich rodzajów cierpień” – zarówno fizycznych, jak i duchowych. Nie oznacza to, że przeżył każde cierpienie w sensie dosłownym, lecz że przyjął na siebie pełnię ludzkiego cierpienia w każdym jego wymiarze. Być może marna to pociecha, gdy po prostu boli, gdy brakuje sił… Jan Paweł II, sam doświadczony chorobą, był bardzo realistyczny. W Liście apostolskim Salvifici doloris wprost przyznawał, że gdy boli, trudno modlić się słowami, trudno „zrozumieć sens”, trudno przyjąć wielkie tezy teologiczne. Nie zawsze można pocieszyć samymi słowami, nie zawsze da się zrozumieć cierpienie, ale nigdy nie trzeba cierpieć samotnie. To nie jest pociecha psychologiczna, lecz paschalna: obecność Chrystusa, który już tam jest, zanim my zdążymy zadać pytanie: Dlaczego?

