Fakty i mity bez klauzury

O życiu sióstr zakonnych
z s. Władysławą Barbarą
Krasiczyńską,
józefitką, doktor
psychologii klinicznej,
psychoterapeutką
i socjoterapeutką, rozmawia

MAŁGORZATA TRAWKA

Wrocław

Siostra Joanna Hertling
ze Wspólnot Jerozolimskich w Warszawie

JAKUB SZYMCZUK/FOTO GOŚĆ

Małgorzata Trawka: Jakie mity słyszała Siostra o zakonnicach?
Siostra Władysława Krasiczyńska: Kiedy oznajmiłam tacie, że chcę iść do klasztoru, to powiedział: „Będziesz tylko gasić świeczki i myć schody”. Istnieje mit, że siostry są wyłącznie od prostych posług. Ale sama miałam takie stereotypowe przekonanie, zanim poznałam siostry: że są smutne, że muszą się tylko modlić, a to jest na dłuższą metę nudne. Dla mnie jako nastolatki było to mało atrakcyjne.
W końcu jednak Siostra wstąpiła do zgromadzenia.
Kiedy miałam 15 lat, pojechałam na rekolekcje oazowe do Bolkowa, do domu, który prowadziły siostry józefitki. Tam poznałam je bliżej. Ku mojemu zdziwieniu spotkałam radosne, pełne życia osoby. Już od pierwszego wejrzenia odczarowało to moje wyobrażenie o siostrach.
Powołania 30 lat temu i dziś. Czy to się da porównać?
Myślę, że w moich czasach łatwiej było wstąpić do klasztoru. Wtedy na tę drogę wkraczało dużo młodych osób. W wielu przypadkach ten wybór był pozytywnie odbierany przez rodziny. Oczywiście rodzice różnie przeżywali powołanie dziecka, ale generalnie to było coś dobrego. Dzisiaj często tak nie jest. Dla wielu ludzi może to być obciach, zaścianek, ciemnogród i głupota. Inną ważną kwestią jest spadek liczebności powołań. Gdy ja wstępowałam, było nas 18 na roku. Dzisiaj, gdy ktoś wstępuje do klasztoru, często jest sam, czasem są dwie lub trzy osoby. Realizacja powołania jest dziś trudnym wyzwaniem, ponieważ istnieje wysokie prawdopodobieństwo formacji w pojedynkę, a następnie życia we wspólnotach z osobami znacznie starszymi od siebie.

Siostro, jak to opublikujemy, to liczba powołań na pewno nie wzrośnie.
Taka jest rzeczywistość. Ten trend jest bardzo wyraźny. Jednak nie od tego zależą powołania. Pan, gdy kogoś powołuje, daje mu w pakiecie wszystkie potrzebne łaski, żeby on to powołanie zrealizował. Były w historii zgromadzenia zostawione na wymarcie, a jednak znajdowała się osoba, która odbijała to zgromadzenie, i ono rozkwitało znowu. To jest fantazja Pana Boga i Jego plan! I ja naprawdę w to wierzę! Powołania są nie dlatego, że my jesteśmy takie świetne, miłe, takie pełne energii i życia, ale dlatego, że Pan Bóg jest taki atrakcyjny!
Jednak młoda osoba, która poczuje powołanie, musi zmierzyć się z falą wszystkich kontrargumentów. Również z tym właśnie, że będzie się opiekować starszymi siostrami.
Tak może być, niestety. Ale nie musi. Tutaj chodzi o to, żebyśmy były jak zaczyn, jak drożdże do ciasta; abyśmy były solą tej ziemi. Ja to mówię od paru lat, że jeśli mamy wymrzeć jak dinozaury, to z godnością i wiedząc, kim jesteśmy. Na naszym miejscu wyrośnie coś nowego. Najważniejsze jest, że Kościół będzie żył jako wspólnota.
Jeden z mitów na temat życia zakonnego głosi, że życie w zakonie to jest uprzywilejowana forma życia religijnego. Żadną miarą! To nie jest tak, że my jesteśmy lepsze „zakonniczki”, bo skoro nie mamy rodzin, nie mamy mężów, dzieci, nie mamy swoich pieniędzy, to szybciej za to do nieba pójdziemy. To jest nieprawda. Ludzie żyjący w życiu świeckim tak samo się uświęcają jak osoby konsekrowane. Konsekracja zakonna jest pogłębieniem konsekracji chrzcielnej. 

Siostry jadwiżanki wawelskie wykonują różne posługi,
m.in. pracują jako zakrystianki. Na zdjęciu s. Agata

ROMAN KOSZOWSKI/FOTO GOŚĆ

To jest życie radykalnie, na maksa chrztem św. Sednem sprawy jest żyć tajemnicą paschalną i czekać na naszego Pana. Wtedy, gdy umieramy, to mamy poczucie sensu umierania, obumierania i wydajemy plony.
Ludziom świeckim wydaje się czasami,
że siostry są zawsze zakochane w Panu Bogu: to jest ich Oblubieniec, a one trwają takie zapatrzone w Niego, rozmodlone.
Prawdopodobnie jest to jakiś wytwór zbiorowej wyobraźni romantycznej. Ja bym powiedziała, że nasze zakochanie w Panu Bogu to wierność naszej decyzji i naszemu przyrzeczeniu Panu Bogu. To jest dawanie i przyjmowanie miłości. Ja żyję jako dar. I Bóg daje mi siebie jako dar każdego dnia. Czy ja bym to nazwała zakochaniem? Nie. Nazwałabym to miłością i wiernością. Ja wiem, w Kogo ja wierzę. Ja wiem, Kogo miłuję – jak w tej pieśni, którą czasami śpiewamy w kościele. Ja wiem, do Kogo należę.
A kiedy siostry przechodzą jakieś kryzysy psychologiczne albo noce ciemne…
Są takie i takie, na bogato.
Mają siostry wypracowaną metodę, co zrobić w takim wypadku? Siostra jest takim „kołem ratunkowym”?
Chyba tak. Mam nadzieję. Czasem mamy kryzys bardziej duchowy, związany z wiarą, z relacją z Bogiem, tę „noc ciemną” – która czasami na zewnątrz wygląda jak kryzys psychologiczny, ponieważ człowiek jest całością. Wtedy tam, gdzie u zarania jest dojrzewanie duchowe, trzeba to umieć rozeznać w kierownictwie duchowym, w towarzyszeniu. Ale czasami nakłada się jedno na drugie. Do mnie najczęściej trafiają osoby w kryzysach wypaleniowych albo te, które odkrywają, że wzniosła idea instytucji stoi zupełnie w sprzeczności z realiami. Ludzie wtedy tracą też wiarę. To są bardzo trudne sytuacje i w zależności od kontekstu trzeba szukać pomocy. Na szczęście dzisiaj już jest tak, że większość wspólnot jest otwarta na taką pomoc. Poszukuje jej aktywnie.

Siostra łączy role zakonnicy i psychologa czy musi wybierać, jako kto występuje w danym momencie?
To jest w ogóle bardzo ciekawe, bo kiedy jeżdżę na spotkania zawodowe, to często nieznani psycholodzy i psychoterapeuci widzą we mnie głównie zakonnicę, ponieważ jestem tam zazwyczaj jedyną zakonnicą. Gdy jeżdżę na spotkania zakonne, to wszyscy we mnie widzą psychologa. Ale mówiąc wprost, ja jestem dwa w jednym. Nie rozgraniczam tego w sztuczny sposób. Oczywiście, gdy pracuję w gabinecie, to jestem w roli zawodowej. Nie ewangelizuję wtedy, co nie zmienia faktu, że siedzę tam w habicie, czyli wciąż jestem zakonnicą. I to z kolei w niektórych kręgach mojego środowiska zawodowego się nie podoba, ponieważ jest taka idea, że psycholog czy psychoterapeuta powinien być neutralny, a strój zakonny taki nie jest. Tylko że ta neutralność też jest jakimś światopoglądem. Mam na to odpowiedź, że jestem nieneutralna i jestem z tego dumna. Zarówno to, że jestem osobą poświęconą Bogu, jak i to, że jestem psychologiem i psychoterapeutą, stanowi część mojej tożsamości. Mój zawód to zawód misyjny. Pomaganie ludziom – w tym jest misja. Mówiąc naszym językiem, w tym jest charyzmat naszego zgromadzenia: spieszenie na pomoc ludziom cierpiącym.
Siostro, to teraz będzie o samorealizacji w zakonie. Czy Siostra się samorealizuje?
Samorealizacja jest procesem, który można porównać do ziarenka, z którego wyrasta roślina. Jest w nas ziarno życia zasiane od Pana Boga, które pulsuje do rozwoju. Mamy w sobie takie perpetuum mobile, które się samo napędza do życia. Jeśli nie współpracujemy z łaską, jeśli nie stwarzamy optymalnych warunków, finalnie efekt będzie trochę gorszy. Ale i tak pójdzie się do przodu. Istnieje wiele mitów dotyczących samorealizacji, a moją misją zawodową jest tłumaczenie, o co chodzi. Bardzo lubię stwierdzenie, że tak naprawdę człowiek w pełni zrealizowany, czyli taki, w którym ten proces samorealizacji w pełni się domknął, to jest święty. Bo świętość to pełnia rozwoju.

Siostry karmelitanki bose

MAREK PIEKARA/FOTO GOŚĆ

Może to słowo po prostu źle się kojarzy, tak egoistycznie.
Czasami w Kościele pojawiają się obawy przed tym słowem, że to jest „samo-”, czyli bez Boga, że to jest jak samowola. Bardzo ważne jest, żeby na nowo je wytłumaczyć i zdefiniować. Padliśmy ofiarą pewnej manipulacji na globalną skalę. Abraham Maslow, autor teorii samorealizacji, przed śmiercią zrewidował swoją koncepcję. Ale w Stanach Zjednoczonych nie dopuszczono, żeby ta zmiana została rozpowszechniona, ponieważ koncepcja sprzed rewizji o wiele bardziej pasowała do przemian kulturowych, promujących liberalizację. Niestety, po 60 latach wciąż pokutuje w powszechnej świadomości wersja piramidy potrzeb Maslowa sprzed rewizji tej koncepcji.
Proszę wytłumaczyć, o co chodzi.
Ta wersja sprzed rewizji polegała na tym, czego uczy się do dzisiaj na wielu wyższych uczelniach. To słynna piramida potrzeb Maslowa, która zakłada, że aby pojawiły się potrzeby wyższego rzędu, muszą być zaspokojone potrzeby niższego rzędu. Na samym szczycie tych potrzeb jest samorealizacja, czyli pełne zaspokojenie człowieka. Z tego wynika dla wielu uproszczony wniosek, że należy przede wszystkim zaspokajać potrzeby. Widzimy tutaj, jak można wykorzystać tak ujętą koncepcję do promocji hedonizmu, życia według zasady „róbta, co chceta”, bezstresowego wychowania i tak dalej. Natomiast rewizja poglądów Maslowa nastąpiła po jego spotkaniu z Viktorem Franklem. On, były więzień obozów koncentracyjnych, zapytał Maslowa, jak może wedle swojej koncepcji wyjaśnić zachowanie ojca Kolbego, który nie miał zaspokojonych nawet podstawowych potrzeb i dobrowolnie oddał swoje życie za drugiego więźnia. Maslow nie umiał tego wytłumaczyć. Przyznał, że brakowało mu jednej rzeczy, jednego ogniwa w koncepcji, które opisał Frankl: zdolności człowieka do autotranscendecji. Człowiek jest zdolny do przekraczania swoich potrzeb, do niezaspokajania ich z powodu wyższych wartości, najwyższej potrzeby sensu. A to już nas bezpośrednio łączy z Panem Bogiem. Sens wydobywamy dzięki wartościom. Możemy pościć, możemy wielkodusznie zrezygnować z siebie dla drugiego, nawet możemy oddać życie. Dlatego że mamy tę zdolność do autotranscendencji. I w ten sposób również człowiek może być w pełni samorealizowany.
Każda siostra musi często przekraczać swoje potrzeby.
Ja bym powiedziała, że każda siostra i każdy człowiek. To kwestia naszych wyborów i znajdowania w tym sensu.
Śluby zakonne są tego przykładem. Trudne są czy nie?
Bywają trudne i fascynujące zarazem. To jest po prostu miłość. Nie jest to łatwe, ale możliwe. Dopóki jesteśmy żywi, to mamy swoje namiętności, pragnienia. Diabeł ma materię, żeby nas kusić. I to dotyczy wszystkich ludzi, niestety osób zakonnych też. To materia do obumierania na chwałę Pana.
Moim zdaniem najtrudniejsze jest posłuszeństwo. Uważam, że dzisiaj mamy ogromny kryzys posłuszeństwa.

Nie tylko w zakonach, lecz także w całym Kościele. Z jednej strony nie możemy być bezrozumnymi stworzeniami, którymi ktoś kieruje jak bezwolnymi dziećmi. Też mamy prawo rozeznawać i wpływać na decyzje. A z drugiej strony jest postawa „ja i tylko ja będę decydować o swoim życiu”. Trzeba odnaleźć się między tymi biegunami i poszukiwać, rozeznawać, co jest wolą Bożą, czego Ty, Panie Boże, od nas chcesz.
Czy nie jest tak, że ta samorealizacja z posłuszeństwem się gryzą?
Wręcz przeciwnie! Posłuszeństwo jest znakomitą drogą do autotranscendencji. Ona zaś sprzyja samorealizacji, zwłaszcza w sferze duchowej. Posłuszeństwo daje nam okazję do obumierania. W przyszłym świecie się odrodzimy. Alleluja!
Jan Paweł II w 1979 r. w Częstochowie powiedział do sióstr, że ich powołanie jest żywym znakiem „przyszłego wieku”.
Alleluja! Oczywiście, że tak jest.
Tych znaków jest coraz mniej…
Ale póki co jeden z nich właśnie teraz rozmawia. To wspaniałe słowa Jana Pawła II. Co to jest przyszły wiek? Mówiąc językiem teologii, chodzi o wymiar eschatologiczny. Powołanie wyrażające się w konsekracji jest znakiem przyszłego świata, znakiem nieba, znakiem życia z Bogiem w pełni. To jest ta przyszłość. W jaki sposób mamy być znakiem tego przyszłego świata? Ludzie czasami myślą, że w klasztorach jest jak w niebie. Niestety, muszę Państwa rozczarować, nie jest tak. Jesteśmy w drodze, jak reszta populacji. Natomiast dlaczego każde życie zakonne jest tym znakiem? Ponieważ pozostawiamy wszystko, żeby Bóg był na pierwszym miejscu. Idziemy za Nim w ciemno. Stawiamy wszystko na jedną kartę. Bóg jest na pierwszym miejscu i rezygnujemy z bardzo ważnych obszarów życia, jak przede wszystkim stworzenie rodziny, ale też potrzeba decydowania i kierowania własnym życiem. My z tego dobrowolnie rezygnujemy, żeby powiedzieć, że chcemy, aby o wszystkim decydował Bóg. A najbardziej eschatologicznym znakiem jest czystość, ponieważ na tamtym świecie „ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić” (Łk 20, 35). Jeśli my w tym życiu pewnych rzeczy nie doświadczymy, to już nigdy nie będzie nam to dane. I to jest naprawdę znak przyszłego życia. To jest totalny charakter tego powołania. Ale Pan Jezus powiedział też, że „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało”, co czeka tych, którzy Go miłują (por. 1 Kor 2, 9). Trzymam Go za słowo.
Jako świeccy oczekujemy od sióstr modlitwy, zasypujemy intencjami, szukamy wsparcia, rozmowy. A czego siostry potrzebują od świeckich?
Odpowiem wprost: tego samego. Oczekujemy od Was modlitwy i wspólnego pójścia za Panem Jezusem. To jest żywy Kościół. My się też za Was modlimy. Czujemy się Wam potrzebne. I tym samym jesteśmy razem, po tej samej stronie.