1 maja u stóp świętej

Podczas gdy Polska Ludowa maszerowała w pochodach, my uciekaliśmy do innego świata.
Do świata modlitwy, zapachu klasztornego obiadu i wspomnień o Lwowie,
który we Wrocławiu i Środzie Śląskiej znalazł swoją nową, niezwykłą przystań.

PAWEŁ SKRZYWANEK

Wrocław

Zofia Prochaska, Lwów, początek lat 20. XX w.

Z ARCHIWUM P. SKRZYWANKA

Dla znawców historii Polski ostatnich dekad ta informacja wydaje się wręcz niewiarygodna, ale ja (rocznik 1965) nigdy „na żywo” nie widziałem pochodu pierwszomajowego. Powód był bardzo prozaiczny, choć w swojej wymowie symboliczny. Tato tego właśnie dnia rokrocznie zabierał mnie na wyjazd do Środy Śląskiej. To był rodzinny rytuał. Mieszkaliśmy we Wrocławiu blisko Rynku. Nie mieliśmy samochodu, więc taka wyprawa wymagała pewnej logistyki.
Zamiast pochodu – podróż do innego świata
Wsiadaliśmy do tramwaju, którego przystanek znajdował się na północnej pierzei Rynku. Mijaliśmy Pomnik Aleksandra hrabiego Fredry – to dość symboliczne w tej opowieści. W tamtych czasach po wrocławskim Rynku jeździły auta i tramwaje, a obok pomnika stała stacja benzynowa. Podróżowaliśmy starymi, poniemieckimi wagonami z możliwością zmiany położenia oparć drewnianych ławek zależnie od kierunku jazdy. Wagony nie miały automatycznie zamykanych drzwi, więc co przystanek ktoś „w biegu” wsiadał i wysiadał.
Podróżowaliśmy do pętli na osiedlu Leśnica. Mijaliśmy stary, ale wciąż czynny na początku lat 70. XX w. port lotniczy na Gądowie. W Leśnicy za pałacem znajdował się przystanek PKS. Niebieski „ogórek” – autobus Państwowej Komunikacji Samochodowej – zabierał nas w dalszą podróż do Środy Śląskiej. We wsi Błonie stał wtedy wiatrak, a w oddali zaciekawiał mnie obelisk samotnie stojący w polu pod Lutynią, upamiętniający historyczną bitwę.

U bram średzkiego klasztoru
Ta podróż trwała przeszło dwie godziny. Wysiadaliśmy z tatą na charakterystycznym średzkim Rynku i mijając po lewej stronie gotycki Kościół św. Andrzeja, a po prawej Ratusz, dochodziliśmy do ul. Ignacego Daszyńskiego. To przy niej znajdował się Dom Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki – sióstr salezjanek. W tym klasztorze mieszkała siostra Zofia Prochaska, ciotka mojego taty.
Gdy po raz pierwszy do niej przyjechałem w 1972 r., miała już 74 lata. Urodziła się we wsi Ławoczne, niedaleko Stryja, 27 marca 1898 r. jako córka Jana i Janiny. Była najstarszą z trójki rodzeństwa. Miała młodszą siostrę Ludmiłę – moją babcię (rocznik 1899) – i brata Tadeusza (rocznik 1908). Gdy przeglądałem stare dokumenty, dziś łatwiej dostępne w cyfrowych archiwach, znalazłem informację, że miała starszą siostrę Helenę, która urodziła się w 1895 r. we Lwowie, ale zapewne zmarła jako dziecko.
Jan Prochaska był urzędnikiem kolejowym i miejsce urodzenia Zofii nie było przypadkowe. Ławoczne było ważną stacją węzłową na trasie Lwów–Stryj–Budapeszt. W czasie II Rzeczypospolitej była to stacja graniczna.
Powołanie odłożone na dekady
W domowym archiwum znajduje się „zakonna” biografia Zofii, sporządzona już po jej śmierci przez siostrę Anielę Olczyk. Mogłem w niej przeczytać, że siostra Zofia od najmłodszych lat pragnęła wybrać drogę zakonnego powołania, ale przez dekady nie było jej to dane. 

Siostra Zofia ze swoją siostrzenicą Marią i córką siostrzeńca Tadeusza,
małą Dorotką, Wrocław, początek lat 60. XX w.

Z ARCHIWUM P. SKRZYWANKA

Najpierw przyszła przedwczesna śmierć ojca. Zamiast wstąpić do klasztoru, musiała podjąć pracę, aby wspomóc mamę w utrzymaniu domu i rodzeństwa. Podobnie jak tata została urzędnikiem kolejowym. Gdy w odrodzonej Polsce życie we Lwowie wydawało się normować, przyszły dwa kolejne ciosy: przedwczesne wdowieństwo Ludmiły i śmierć mamy. Młodsza siostra została bez środków do życia z małą córeczką Marią. Na barki Zofii spadło utrzymanie całej osieroconej rodziny. Dopiero w latach 30. przyszedł moment na osobistą refleksję. Zofia zamieszkała na dawnym Placu Akademickim we Lwowie. Z okien jej mieszkania widać było… Pomnik Aleksandra Fredry wykonany przez Leonarda Marconiego. Ten sam monument, który stojący na wrocławskim Rynku mijałem, jadąc do siostry Zofii cztery dekady później.
Wojenna zawierucha i misja ks. Józefa
W historycznej narracji przyszedł jednak tragiczny wrzesień 1939 r. Lwów zajęli Sowieci, potem Niemcy, później znowu Sowieci. Zofia została wyrzucona ze swojego mieszkania i zamieszkała u Ludmiły na Łyczakowie. To był ważny moment w odnajdowaniu powołania, choć w czasach okupacji trudno było je zrealizować. Na lwowskim Łyczakowie Polacy wznieśli wotywny Kościół pw. Matki Boskiej Ostrobramskiej. Opiekę duszpasterską sprawowali tam salezjanie.
Spowiednikiem Zofii był ks. Józef Nęcek. To zapewne jego duchowość wpłynęła na jej drogę. We wspomnieniach rodzinnych pojawia się obraz dojrzałej kobiety, która postanawia wyjechać ze Lwowa jednym z pierwszych transportów na Zachód. Nie zabiera zbyt wielu rzeczy. Jej siostrzenica Maria i siostrzeniec Tadeusz wspominali po latach, że ciocia Zosia w czerwcu 1945 r. zabrała ze sobą paramenty kościelne i część sprzętów liturgicznych z łyczakowskiej parafii. Zrobiła to na prośbę ks. Józefa.
Z takim „naręczem darów” stanęła u bram klasztoru salezjanów przy Kościele pw. św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie. Część tych kościelnych „skarbów” trafiła potem do Wrocławia, do parafii Najświętszego Serca Jezusa przy Placu Grunwaldzkim. Jest całkiem możliwe, że Zofia była w krakowskiej świątyni, gdy 3 listopada 1946 r. swoją Mszę prymicyjną odprawiał tam Karol Wojtyła.

Biel welonu i czterdzieści lat modlitwy
Zofia została otoczona opieką przez matkę Laurę Meozzi – dziś Czcigodną Służebnicę Bożą. Pierwszą profesję złożyła 5 sierpnia 1947 r. za zgodą kard. Augusta Hlonda, zaledwie po roku nowicjatu. Jej pragnienie spełniło się w wieku 49 lat. Śluby wieczyste złożyła w 1953 r. Te uroczystości wspominała ciocia Myszka (Maria). Zapamiętała niesamowity uśmiech cioci, biel jej sukni i welon, który zamieniała na habit, oraz ten zaskakujący obraz dojrzałej kobiety w otoczeniu dziewcząt młodszych o 30 lat.
Przez lata siostra Zofia opiekowała się starszymi siostrami i chorymi kapłanami. Gdy ja zacząłem przyjeżdżać do Środy Śląskiej, była już na emeryturze. Zawsze się uśmiechała i powtarzała, że teraz ma czas na modlitwę.
Porządek naszych wizyt wyznaczał rytm klasztorny. O 12.00 dzwonek wzywał na Anioł Pański. Obecność w kaplicy wśród dziesiątek sióstr robiła na małym chłopcu ogromne wrażenie. Potem był obiad – w czasach, gdy żyło nam się ubogo, bogactwo świątecznego, pierwszomajowego posiłku było dla mnie czymś niezwykłym. Po obiedzie następował czas rodzinnych opowieści – specyficzna spowiedź z codzienności. Ciocia Zosia przyjęła osobiste śluby i postanowiła nie wychodzić z klasztoru. Nasze rozmowy były dla niej namiastką powrotu do ludzkiej rzeczywistości. My ofiarowywaliśmy jej nasze troski, a ona się za nas wstawiała.
Uśmiechnięta święta
Moja ostatnia wizyta miała miejsce po egzaminach na studia historyczne w czerwcu 1984 r. Pamiętam jej opowieści o św. Janie Bosko i św. Dominiku Savio, który był dla mnie większym bohaterem niż Tomek Wilmowski z książek Alfreda Szklarskiego. Posiadanie „cioci zakonnicy” było niesamowitym połączeniem dwóch światów, które pozwalało poznać wymiar duchowy nawet przez pryzmat dziecięcej wrażliwości.
Ten wymiar tęsknoty nabrał nowego znaczenia po 25 sierpnia 1984 r., kiedy siostra Zofia odeszła do domu Ojca, w wigilię święta NMP Częstochowskiej. Jej śmierć była końcem pewnej epoki – odeszła dorosła pamięć Kresów i Lwowa. Została pochowana w Środzie Śląskiej w nowym habicie. Po raz pierwszy zobaczyłem ją wtedy bez okularów i w welonie, spod którego widać było włosy. Była tak bardzo podobna do mojej babci… W mojej pamięci pozostanie na zawsze uśmiechniętą świętą.