Trudny początek dolnośląskiego patriotyzmu
Dolny Śląsk to przestrzeń, w której polskość nie jest pustym hasłem ani politycznym
sloganem, lecz doświadczeniem zbudowanym na dramacie przesiedleń, ciężkiej pracy
i stopniowym scalaniu losów ludzi przybyłych z różnych stron Europy.
PAWEŁ SKRZYWANEK
Wrocław
Prace budowlane na dawnym Placu Młodzieżowym we Wrocławiu,
w tle Kościół św. Marii Magdaleny przy ul. Szewskiej, ok. 1945–1948 r.
SZUKAJWARCHIWACH.GOV.PL
Od wielu miesięcy mieszkańcy Wrocławia i Dolnego Śląska są pouczani przez część klasy politycznej, czym są polskość i patriotyzm. To w mojej ocenie brak znajomości elementarnych zasad kultury i obywatelskości, który niestety przybiera często formę chuligańskich ekscesów, kreowanych dla korzyści politycznych. Czym więc jest fenomen „naszego patriotyzmu”?
Miasto, które zmieniło tożsamość
Warto przypomnieć, że Wrocław jest największym w dziejach miastem, w którym w jednym roku całkowicie zmieniły się kody narodowe i kulturowe. Na początku 1945 r. w Breslau mieszkało przeszło milion Niemców, a pod koniec tego roku we Wrocławiu – kilkaset tysięcy Polaków. Wojna i postanowienia aliantów zmieniły historię. Decyzje te nie były jednak udziałem naszych rodaków. Zostali oni siłą i bezwzględnością politycznych układów wyrzuceni z Kresów i zmuszeni do szukania nowego miejsca. Któż z nas nie zna filmowej epopei rodzin Pawlaków i Karguli, którzy na Dolny Śląsk przywieźli całą swoją kresową tożsamość. Sami swoi to filmowa edukacja o wygnaniu. Polski Wrocław był jednak głębszym fenomenem społecznym.
W pierwszych dniach maja 1945 r. wśród ruin zniszczonego miasta pierwszymi Polakami byli więźniowie obozów pracy i obozów koncentracyjnych, którzy cudem przeżyli wojnę. Wśród nich największą grupę stanowili mieszkańcy i żołnierze powstańczej Warszawy. Na Dolny Śląsk i do Wrocławia przybywali też mieszkańcy Wielkopolski, szukający lepszej ziemi i miejsc pracy. Po nich przyszła legenda Lwowa. W okolicach Bolesławca osiedlali się repatrianci z Jugosławii. Do Wałbrzycha przybyli polscy górnicy z Europy Zachodniej.
Polski dziki zachód
Dolny Śląsk był kulturowo polskim dzikim zachodem, który filmowo odtworzyli Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski w słynnym obrazie Prawo i pięść, z legendarną rolą Gustawa Holoubka. Poszukiwanie nowego życia, walka o swój dom z szabrownikami i niemieckimi dywersantami. Ukrywanie się przed komunistycznymi represjami, próby tworzenia zbrojnego podziemia, aresztowania i polityczne mordy, ale przede wszystkim – jakby wbrew historii – ciężka praca nad odbudową swojego materialnego bytu i budową nowej tożsamości. To nie był proces łatwy, trwał przez dekady.
W rodzinnych opowieściach o pionierskości Wrocławia słyszałem o strachu i przerażeniu. O radzieckich pijackich burdach i gwałtach, o złodziejstwie i mordach, o niewypałach i minach odbierających życie przez przypadek. Tak zginął brat Wandy Rutkiewicz, legendarnej himalaistki.
Dziadek mojej żony nie chciał się osiedlić w pobliżu nowej granicy z Niemcami. Na Kresach mieszkał w Podwołoczyskach, służył w oddziałach Korpusu Ochrony Pogranicza. Pragnął ochronić rodzinę przed widmem zagrożenia byciem na granicy. Moi rodzice wspominali przede wszystkim z dumą dzieła odbudowy i tworzenia polskości kulturowej oraz instytucjonalnej. Gdy rozmawiałem ostatnio z prof. Janem Sobczykiem, byłym rektorem UWr, w jego narracji wybrzmiewały wspomnienia o dziadku – prof. Edwardzie Suchardzie, którego życie i praca łączyły etos Lwowa i Wrocławia. Każda wrocławska i dolnośląska rodzina ma takie opowieści, swoje skomplikowane losy i bohaterów.
W 1958 r. nakładem wydawnictwa Iskry ukazała się książka Gustawa Morcinka Victoria. To ciekawa opowieść o walce o uratowanie wałbrzyskiej kopalni przed zalaniem. W powojennych realiach tę heroiczną pracę podejmują wspólnie: polski inżynier, który jest byłym oficerem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, urodził się na Śląsku Cieszyńskim i przeżył łagry, Rom, niemiecki mechanik autochton, a także polscy górnicy – repatrianci z Francji i Belgii. Wspomagają ich ludzie z Kresów, zapewne z Borysławia, którzy w Wałbrzychu znaleźli swoje miejsce do życia. To zaskakujące literackie połączenie losów i fenomenu budowania nowej Ojczyzny.
Jedność i szacunek dla przeszłości
Socjologowie podkreślają, że są dwa wydarzenia, które scaliły skomplikowane losy mieszkańców Dolnego Śląska. To etos Solidarności z lat 80. oraz rok 1997 i walka z żywiołem powodzi. Patrzę na historię mojej rodziny, wysłuchuję opowieści przyjaciół. W tych osobistych narracjach przebija się pamięć dawnych losów oraz tęsknota za tym, co utracone. Jest też duma z pracy nad odbudową oraz szacunek wobec tego, co zastane i kulturowo adoptowane. Żyjemy tu i teraz, lecz mamy świadomość, że nie byliśmy tutaj od zawsze… Przez lata nauczyliśmy się oddzielać propagandę od rzeczywistości, dostrzegać piękno kultury stworzonej przez stulecia przez Czechów, Żydów czy Niemców. Wiemy, czym jest skomplikowana i bolesna historia. Być może dlatego nie zaskakuje nas, że słynne stwierdzenie: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, wyszło spod pióra wrocławskiego biskupa – Bolesława Kominka. Ten wielki Polak urodził się pod Wodzisławiem Śląskim, na pograniczu kultur Polski, Niemiec i Czech. Stał się symbolem łączenia narodów i kultur wbrew historycznym i dramatycznym różnicom. Dlatego proszę, by politycy darowali sobie pouczanie mnie i moich przyjaciół, mieszkańców Wrocławia i Dolnego Śląska, czym są polskość i patriotyzm.

