MAŁŻEŃSTWO (NIE)DOSKONAŁE

Miłość na zawsze

W dzisiejszym społeczeństwie coraz mniej osób wierzy w miłość do grobowej deski.
Miłość, która wymaga słuchania, rozumienia, dzielenia się i przebaczania, a przede wszystkim Bożej łaski.

ANNA I OLGIERD UNOLDOWIE

Wrocław

DEPOSITPHOTOS

Czy jest możliwa miłość na zawsze? Taka, która trwa do śmierci, a nawet ją przekracza? Wydaje się to dzisiaj coraz mniej prawdopodobne. Wzorce lansowane przez współczesny świat mówią zgoła co innego. Niezwykłym zainteresowaniem cieszą się kolejne śluby i rozwody celebrytów, co chwilę czytamy, jak ktoś się po raz kolejny zakochał albo właśnie „odkochał”. Wszystko jest coraz bardziej chwilowe i ulotne, przestajemy naprawiać to, co się psuje, tylko ochoczo wymieniamy na nowe. Młode pokolenie niezwykle ceni sobie własną wolność – wolność wyboru, wolność decydowania o sobie, choć często sprowadza się ona do wyborów dokonywanych w wirtualnym już tylko świecie, a możliwość swobodnego wyboru ogranicza konieczność liczenia się z czyimś zdaniem. Wygodniej żyć na próbę, bez zobowiązań i obowiązków. Również rodzicielskich. Jak alarmują media, w 2024 r. urodziło się w Polsce najmniej dzieci od 200 lat! Małżeństwo, do niedawna jeszcze – można by rzec – naturalne środowisko rozwoju miłości, przestało być atrakcyjne. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba zawieranych małżeństw (nie tylko kościelnych) na przestrzeni 50 lat spadła w Polsce o ponad połowę. Jednocześnie stale rośnie liczba rozwodów. Dodać by można jeszcze zauważalne zanikanie społecznego ostracyzmu dotyczącego par żyjących bez ślubu. Przestaliśmy się gorszyć. Bywa, że w fakcie zamieszkania razem nie widzą nic niewłaściwego i tak naprawdę niebezpiecznego dla swoich dzieci nawet sami rodzice.
Zatem nie bez przyczyny można zadawać sobie pytanie, czy we współczesnym świecie jest jeszcze możliwa miłość do końca, na dobre i złe, miłość, która jest zdolna przekraczać nasze małe i duże egoizmy. 

Czy jest jakiś sens w miłości nie na próbę, miłości „wyłącznej i definitywnej” (por. Benedykt XVI, Deus caritas est, nr 11), miłości, która wymaga stałej ofiary z samego siebie? Czy sakrament małżeństwa jest ciężarem dzisiaj nie do udźwignięcia, czy może jednak realną pomocą, która przychodzi, gdy siły słabną? Wreszcie, czy można zbudować coś trwałego, kiedy wszystko wkoło jest takie nietrwałe i nierzadko brakuje wzorców nawet wśród najbliższych?
Mimo wszystko odpowiedź jest pozytywna. Piszący te słowa wrócili dopiero co z weekendu, podczas którego odbywały się warsztaty dla par rozeznających swoją drogę. Niektóre z nich mają już zaplanowane terminy ślubów kościelnych, inne jeszcze szukają odpowiedzi, czy to na pewno osoba, z którą chcą spędzić życie. Weekend kończył kilkutygodniowe przygotowanie do sakramentu małżeństwa, które odbywa się w dwóch wrocławskich duszpasterstwach akademickich. Podczas każdego roku takich „kursów” jest kilka. Ten cudzysłów został użyty nie bez przyczyny, gdyż forma przygotowania zakłada raczej towarzyszenie zakochanym w ich drodze dojrzewania do decyzji. A towarzyszą im pary małżeńskie i kapłan, którzy dzielą się świadectwem swego życia i zachęcają do coraz lepszego poznawania się na drodze dialogu. Nie jest to łatwa forma, wymaga bowiem od par przede wszystkim podarowania sobie czasu i podjęcia trudu rozmowy na skomplikowane często tematy. Wszystko po to, by się nauczyć lepiej słuchać, rozumieć, dzielić się, a czasami przebaczać.
Bez tych czterech umiejętności nie uda się w miłości przekraczać siebie, nie uda się kochać coraz bardziej ofiarnie, nie kochać „za”, ale „pomimo”. Bez tych czterech umiejętności i bardzo namacalnej łaski sakramentu, która towarzyszy małżonkom każdego dnia.