MEDIALNY RUBIKON
Bomba pod Orędziem nie wybuchła
Obchody 60. rocznicy Orędzia pojednania mogło popsuć wypowiedzenie kilku słów za
dużo. Udało się jednak skupić na tym, co nasze narody łączy, a nie dzieli.
MACIEJ RAJFUR
Rzecznik prasowy Archidiecezji Wrocławskiej
W pierwszym tekście nowej rubryki wypada wyjaśnić, jakie treści do niej trafią. Przede wszystkim znajdzie się tu publicystyka okiem człowieka mediów – dziennikarza „Gościa Niedzielnego” i rzecznika prasowego Archidiecezji Wrocławskiej. Będę pisał o tym, co bardzo wyraźnie wybrzmiewa w opinii publicznej – w naszej archidiecezji, w polskim Kościele, ale może i szerzej. Postaram się odsłonić nieco kulisy, obnażyć pewne schematy, których na pierwszy rzut oka w dziennikarskich materiałach nie widać, połączyć kropki. A w to wszystko wpleść słowo najważniejsze – słowo Boże. Ono powinno w życiu chrześcijanina przenikać wszystko. I przenika – czy nam się to podoba, czy nie – także medialny przekaz. Często zresztą bardzo trafnie go punktuje.
Wciąż wybrzmiewa w naszej archidiecezji echo obchodów 60. rocznicy wystosowania Orędzia biskupów polskich do niemieckich. Obawiałem się „zaprzęgnięcia” tych uroczystości w polityczno-medialny dyskurs wokół relacji polsko-niemieckich. Jakie one są – każdy widzi. Z pewnością mają swoje mocne zakręty. Wystarczy wspomnieć słowo „reparacje”. I ono padło podczas konferencji prasowej polskich i niemieckich biskupów w czasie obchodów we Wrocławiu – w pytaniu zadanym przez niemieckiego dziennikarza. Muszę przyznać, że przewodniczący obu episkopatów dość zwięźle wytłumaczyli sprawę, wyraźnie dając do zrozumienia, że tym zajmują się politycy, a obchody Orędzia pojednania tego nie dotyczą. I tyle. Także medialny przekaz po uroczystościach skupił się w zdecydowanej większości na wymiarach ewangelicznym i społecznym przełomowego gestu polskich biskupów sprzed 60 laty oraz odnowieniu tego porozumienia współcześnie.
Ze względu na różne trudne akcenty relacji polsko-niemieckich w poprzednich miesiącach moim zdaniem obchody „siedziały na bombie”. To, że ona nie wybuchła, w dużej mierze zawdzięczamy oficjalnym i nieoficjalnym wypowiedziom biskupów z obu krajów. Nie znajdziemy w nich nawet cienia nawiązania do kwestii politycznych. Uważam to za właściwy kierunek. Obie strony stanęły na wysokości zadania, pokazując, jaki powinien być Kościół – niezaogniający sporów, a wręcz prezentujący ewangeliczną alternatywę.
To oczywiście nie oznacza, że duchowni czy świeccy nie mają poglądów w kwestii ostatecznego rozliczenia strat wojennych. Ja mam swoje zdanie i sądzę, że Państwo oraz biskupi też. A orędzie kształtuje nas na poziomie ducha i mentalności. Bądźmy szczerzy – najsłynniejsze słowa listu: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, drażnią Polaków także dzisiaj. Zapewne nie tak mocno, jak wtedy – 20 lat po II wojnie światowej. Jednak nie oszukujmy się. Myślę, że w przeważającej części jako naród wciąż uważamy je za naiwne, na wyrost. Rozjusza nas „przepraszanie Niemców”. Bo za co? I tu właśnie potrzebna jest skuteczna misja Kościoła, który cały czas powinien nieść światu Chrystusowe przebaczenie. Trudno to ubrać w medialny język. Trudno z tym dyskutować na poziomie: „A co z reparacjami?” czy „Niech oddadzą zrabowane dzieła sztuki”. Ale kto powiedział, że będzie łatwo?
Sprawy nie upraszcza fakt, że Kościół z racji dość istotnego wpływu społecznego, chcąc nie chcąc, wchodzi w polityczny świat. To nieuniknione, chociaż niestety czasem robi to bardziej celowo. Potrafimy też upolityczniać rzeczywistość kościelną, co pokazuje choćby reakcja na nominację kard. Grzegorza Rysia na metropolitę krakowskiego. Polska po raz kolejny pękła na pół. Z zachwytu nad tą decyzją i nad emeryturą abp. Marka Jędraszewskiego bądź też z zawodu oraz niezadowolenia takim wyborem.
I jakoś tak się składa, że bardzo łatwo było przewidzieć, kto tańczył z radości, a kto opłakiwał taki stan rzeczy. W dodatku komentarze – społeczne, medialne, polityczne – zwalały z nóg. Zabrakło obycia, ogłady, kultury i szacunku. Owszem, trudno, żeby taka decyzja przeszła bez echa, ale wiele reakcji było po prostu poniżej pasa. Sami sobie to w Kościele robimy, a później grzmimy, że jako chrześcijanie powinniśmy być ostrożni w ocenach, dialogujący, miłosierni i pokorni.
Podobają mi się słowa św. Jakuba z jego listu. Coraz częściej się nad nimi zatrzymuję: „Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje, nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw” (Jk 1, 26).

