MAŁŻEŃSTWO (NIE)DOSKONAŁE

Słowo o nadziei

Kiedy ją tracimy, usychamy jak niepodlewana roślina, marniejemy w oczach, przestajemy widzieć sens i cel życia.
Mówimy: „Nadzieja umiera ostatnia”, ale zaraz dodajemy: „Nadzieja matką głupich”.
Jak to jest z tą nadzieją? Czy są różne nadzieje?

ANNA I OLGIERD UNOLDOWIE

Wrocław

DEPOSITPHOTOS

Przede wszystkim nadzieja może być bardzo pozytywnym, choć też niestałym uczuciem, które żywimy wobec niepewnej przecież przyszłości. Mamy nadzieję na coś, na zmianę sytuacji, a nierzadko więcej – na zmianę kogoś. Najczęściej zresztą naszego najbliższego. Taka nadzieja potrafi nas zdopingować do wzmożonego wysiłku, do dostrzeżenia możliwości tam, gdzie jej inni nie widzą, do przetrwania trudności. Ale też nadzieja może być mylona z myśleniem życzeniowym, w którym nie podejmujemy wysiłku prowadzącego do zmiany. Ufamy, że ktoś lub coś może zmienić się, ot tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tylko dlatego, że tego pragniemy. Nadzieja-emocja może być pomylona z naszym nieuzasadnionym oczekiwaniem, które zwykle kończy się potężnym rozczarowaniem. Sami przyznajmy, ile w nas rozczarowań w stosunku do żony czy męża, dzieci, rodzeństwa, teściowych, przyjaciół, a najczęściej do nas samych. I wtedy rzeczywiście nadzieja staje się „matką głupich”, którzy potykają się o własne stopy.
Czy można nauczyć się nadziei? Czy można w takiej nadziei wzrastać? Nadziei, która nie jest już ulotną emocją, ale czymś coraz bardziej trwałym, stale obecnym w naszym życiu. Tak potraktowana nadzieja, jako pewien sposób na życie, wyrobiona i trwała cecha naszego charakteru, która popycha nas ku dobru, staje się cnotą. Dzisiaj to pojęcie niemal zanikło z języka rodziców i wychowawców (przyznajmy, nierzadko też i księży). Koncentrujemy się na zachowaniu dobrostanu dziecka, a potem młodego człowieka, usuwamy wszelkie bodźce, które mogą spowodować u niego stres, akceptujemy wady, zamiast uczyć, jak przez cierpliwe wyuczanie się dzielności czy sprawczości (które są synonimami cnoty) można wady zamieniać w pozytywne wartości.

Bogu dzięki, my, jako ludzie zanurzeni w śmierci Chrystusa, mamy dostęp do jeszcze jednej nadziei. Tej, którą jednym tchem wymienia się obok wiary i miłości. Cnoty, ale już teologalnej, Boskiej, która nie jest efektem naszych pragnień czy nawet starań, ale łaską, dawaną za darmo, całkowicie. Dopiero ta nadzieja jest w pełni uzasadniona, ponieważ nie jest pokładana w człowieku. Ona otwiera nasze granice, zahamowania, usuwa lęk, daje jedyną i właściwą perspektywę. Na życie w nieprzemijającej Miłości.
I właśnie nadzieja była głównym tematem Międzynarodowego Zjazdu Animatorów Spotkań Małżeńskich, który odbył się we wrześniu, po raz drugi w historii tego ruchu, we Wrocławiu. To międzynarodowe stowarzyszenie wiernych promuje dialog jako drogę spotkania ze sobą, drugim i Panem Bogiem (więcej na spotkaniamalzenskie.pl). Podczas tego Zjazdu padło wiele mądrych słów, ale najbardziej utkwiły w nas usłyszane świadectwa małżonków o sytuacjach po ludzku beznadziejnych: utraty zdrowia, wiary u najbliższych czy pokoju (choćby przez wojnę w Ukrainie); sytuacjach nie tylko bez-nadziei, ale przede wszystkim pełnych cierpienia. I, paradoksalnie, to właśnie cierpienie, o ile przeżywane jest z Chrystusem,
o ile oddane jest „niezniszczalnej mocy Miłości”, zaczyna być miejscem „uczenia się nadziei” (Benedykt XVI, Encyklika Spe salvi, passim). Jakże prawdziwie zaczęły brzmieć słowa św. Pawła: „że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość – wypróbowaną cnotę, wypróbowana zaś cnota – nadzieję. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 3-5).
Oczekujmy więc z pełną ufnością spełnienia Bożych obietnic, gdyż w przeciwieństwie do nas, Bóg jest wierny swojemu przymierzu z nami.