Kapłaństwo jutra rodzi się dziś
O formacji przyszłych
księży w zmieniającym
się świecie, emocjach
towarzyszących
nominacji oraz
kapłaństwie przyszłości
z ks. dr. Michałem
Mraczkiem,
rektorem Metropolitalnego
Wyższego Seminarium
Duchownego
we Wrocławiu, rozmawia
WOJCIECH IWANOWSKI
„Nowe Życie”
Moment prostracji podczas śpiewu
Litanii do Wszystkich Świętych
w trakcie święceń kapłańskich
w katedrze wrocławskiej
KAROL BIAŁKOWSKI/FOTO GOŚĆ
Wojciech Iwanowski: Księże Rektorze, jakie emocje towarzyszyły Księdzu, gdy przyjmował Ksiądz nominację na rektora seminarium w czasie, kiedy Kościół zmaga się z kryzysem powołań, a wśród wierzących odbywa się dyskusja o kształcie formacji przyszłych kapłanów.
Ksiądz Michał Mraczek: Myślę, że zawsze, gdy kapłan otrzymuje nowe zadania i staje przed nowymi wyzwaniami, towarzyszy temu pewien lęk oraz pewna obawa. Jednak w momencie, kiedy Kościół poprzez decyzję biskupa powierza duchownemu jakiś urząd czy zadanie, każdemu z nas towarzyszy świadomość, że nie podejmujemy tego, ponieważ taki mamy pomysł na siebie, ale dlatego, że tak rozeznał Kościół i taka jest decyzja przełożonego. Kiedy w posłuszeństwie przyjmujemy tę decyzję, to – mam w sobie głębokie przekonanie – towarzyszy temu również błogosławieństwo, które przynosi wewnętrzny pokój oraz poczucie, że to Pan Bóg w tym momencie to konkretne zadanie stawia przede nami. I w taki też sposób patrzę na powierzone mi zadanie – na urząd rektora seminarium.
Formacja seminaryjna nie jest dla mnie obszarem całkowicie obcym, ponieważ moja praca doktorska była poświęcona właśnie tej tematyce. Przygotowując ją, odbyłem dodatkowo wiele spotkań z osobami odpowiedzialnymi za formację oraz odwiedzałem różne seminaria duchowne w naszym kraju. To doświadczenie będzie dziś pomocne w wypełnianiu zadania powierzonego mi przez Arcybiskupa Józefa Kupnego. Moja dziesięcioletnia posługa sekretarza Metropolity Wrocławskiego również była okazją do zdobycia niepowtarzalnego doświadczenia – znajomości naszej archidiecezji oraz kapłańskiego życia. To dla mnie bardzo ważny punkt odniesienia w perspektywie przygotowywania kandydatów do kapłaństwa w naszym seminarium.
Podczas jednej z naszych wcześniejszych rozmów wspomniał Ksiądz Rektor o okolicznościach przekazania urzędu, które były dla Księdza dość symboliczne.
Tak, było to dla mnie poruszające doświadczenie. Kiedy w ostatnich dniach czerwca 2005 r. zgłosiłem się do seminarium jako kandydat, to w rektoracie przyjmował mnie ówczesny wicerektor, ks. Adam Łuźniak.
I równo dwadzieścia lat później, również pod koniec czerwca, w tym samym pomieszczeniu nastąpiło protokolarne przejęcie przeze mnie seminarium duchownego, podczas którego również obecny był ks. Łuźniak, tyle że w innej roli. Jako wikariusz generalny archidiecezji reprezentował Metropolitę Wrocławskiego. Dla mnie było to bardzo symboliczne wydarzenie, podkreślające pewną ciągłość.
Spotykamy się w Collegium Georgianum. Jak Ksiądz Rektor patrzy na dziedzictwo tego domu?
Jako kleryk zawsze bardzo dobrze się tutaj czułem i jako ksiądz wciąż miałem sentyment do budynku przy pl. Katedralnym 14. Zawsze towarzyszyła mi świadomość, że jego mury są omodlone, że w tym miejscu wychowały się dziesiątki pokoleń kapłanów zarówno niemieckich, jak i polskich. Powinniśmy o tym pamiętać, że obecny budynek, gdzie swoją siedzibę ma erygowane po II wojnie światowej seminarium duchowne, wcześniej również był budynkiem seminaryjnym ówczesnej Erzbistum Breslau. Przywołana przez Pana Redaktora nazwa Collegium Georgianum pochodzi od inicjatora budowy kard. Georga Koppa. W kaplicy położonej na najniższym poziomie do dziś widoczne jest miejsce, gdzie murowany został kamień węgielny i upamiętniona została data tego wydarzenia. Bogata historia tego miejsca, które przechodziło z rąk niemieckich do polskich, pomimo dużych zniszczeń, do których doszło tu w trakcie II wojny światowej, wskazuje, że ostatecznie to Pan wszystko prowadzi, a formacja do kapłaństwa nadal ma miejsce w tym samym budynku. Świadomość tego dziedzictwa, historycznej ciągłości jest tym, co pokazuje mi i utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to Boże dzieło. Nawet jeżeli mówimy o tym, że dziś mamy do czynienia z dużo mniejszą liczbą powołań do kapłaństwa niż jeszcze 10 czy 20 lat temu, to ten historyczny budynek jest znakiem tego, że formowanie kolejnych pokoleń kapłanów ciągle się toczy pomimo zmieniających się okoliczności, pomimo zmieniających się różnych kontekstów kulturowych, społecznych, narodowościowych.
Ksiądz Michał Mraczek podczas pierwszej Mszy św. sprawowanej jako
rektor Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu
FOT. MWSD WE WROCŁAWIU
Często mówi się, że seminaria w Polsce są zbyt zamknięte. Jak pogodzić potrzebę wyciszenia z otwarciem na świat?
Myślę, że jest to temat, który stanowi obecnie przedmiot bardzo istotnej dyskusji i poszukiwania adekwatnych rozwiązań. Pewien kierunek wytycza niedawno przygotowany dokument Ratio institutionis sacerdotalis pro Polonia, w którym zauważalny jest coraz większy nacisk na to, żeby seminarium nie było zbyt zamknięte. Mamy tu do czynienia ze wspomnianym poszukiwaniem równowagi. Z jednej strony to balansowanie otwartości na współczesny świat, otwartości na współczesnego człowieka, który stawia nowe pytania i wymaga innej odpowiedzi, często odrzucając dotychczasowe rozwiązania. Z drugiej strony, seminarium jednak musi być miejscem modlitwy, wyciszenia, miejscem, gdzie przyszły kapłan formuje się do swojej przyszłej posługi, którą jako kapłan będzie musiał pełnić w świecie. Na pewno seminarium musi być czasem, kiedy młody człowiek, który wstępuje na drogę formacji, ma możliwość poznania siebie, formowania siebie w wymiarze ludzkim, duchowym, intelektualnym i duszpasterskim. Seminarium musi do tego zapewniać przestrzeń. Otwarte jest pytanie o to, co w tym zakresie powinniśmy zmieniać, a co należy zachować. Na pewno bardzo dużo na ten temat obecnie dyskutujemy, widząc, jaka jest sytuacja powołaniowa i jak dynamicznie zmienia się sytuacja Kościoła w Polsce. Potrzeba rozeznawania i otwartości, żeby właściwie określić tę równowagę pomiędzy zamknięciem seminarium i przestrzenią dla formacji a otwarciem się na świat i to, jaki on jest, żeby kleryków jednak zanadto od otaczającej rzeczywistości nie izolować, ale uczyć ich odnajdywania się w niej, aby w przyszłości mogli w niej owocnie posługiwać.
Czy Kościół w Polsce nie spóźnił się z refleksją nad nowym modelem formacji?
Wydaje mi się, że ta sytuacja w pewien sposób wszystkich trochę zaskoczyła. Przez długi czas liczba powołań kapłańskich w Polsce była dosyć stabilna i nawet jeżeli mówiliśmy o pewnych spadkach, nie były one bardzo gwałtowne. Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat – a to jest naprawdę bardzo krótki okres – staliśmy się świadkami gwałtownie zmniejszającej się liczby kandydatów zgłaszających się do seminariów. Pewne kroki i nowe inicjatywy związane z formacją do kapłaństwa były już podejmowane w Polsce, szczególnie po ukazaniu się adhortacji apostolskiej Jana Pawła II Pastores dabo vobis, co zbiegło się w czasie z początkami przemian społeczno-politycznych w naszym kraju. Dziś widzimy jednak, że potrzeba czegoś więcej – nie tylko dostosowywania programów, lecz także pogłębionej refleksji nad samą tożsamością kapłana i tym, jak przygotowywać go do posługi w społeczeństwie pluralistycznym.
Nie chcę mówić, że Kościół „zaspał”. Mam na myśli raczej to, że zmiany społeczne były bardzo dynamiczne. Dziś musimy działać bardziej świadomie, szybciej, elastyczniej. I to się dzieje – widać, że formacja seminaryjna w Polsce przechodzi głęboką przemianę.
Czym powinien się różnić ksiądz wychodzący dziś z seminarium od tego sprzed 30 lat?
Myślę, że przede wszystkim sposobem przeżywania swojej tożsamości. Kiedyś ksiądz miał autorytet z samego faktu bycia kapłanem. Sutanna otwierała drzwi, a ludzie podchodzili z szacunkiem niemal automatycznie. Dziś to już nie działa. Społeczeństwo jest bardziej krytyczne, a Kościół zmaga się także z kryzysem wiarygodności spowodowanym własnymi słabościami. Dlatego młody kapłan musi być autentyczny. Nie wystarczy mówić – trzeba żyć tym, co się głosi. Ludzie bardzo szybko weryfikują, czy ksiądz jest prawdziwy, czy tylko powtarza schematy. Ważna jest też umiejętność dialogu. Współczesny kapłan nie może zamykać się w kościele. Musi umieć rozmawiać z niewierzącymi, z poszukującymi, z ludźmi o innych poglądach. Ksiądz, który wychodzi z seminarium, musi rozumieć, jaki jest ten dzisiejszy świat, do którego wkracza.
Rewers obrazka prymicyjnego
Księdza Rektora
FOT. ARCHIWUM NŻ
Księże Rektorze, jak wygląda kwestia autorytetu formatorów seminaryjnych?
Tutaj proces jest bardzo podobny. Kiedyś wystarczyło, że ktoś był ojcem duchownym czy rektorem. Sam urząd budził szacunek. Dziś alumni – tak samo jak wierni – pytają: „Czy ten ksiądz naprawdę żyje tym, czego nas uczy?”. Autorytet nie jest już dany z góry – trzeba go zdobywać. To wymaga od nas, formatorów, ogromnej odpowiedzialności. Nie możemy ograniczać się do roli nauczycieli czy przełożonych. Musimy być świadkami. Alumni muszą widzieć, że nasza wiara jest autentyczna, że potrafimy przyznać się do słabości, że naprawdę kochamy Kościół. To nie zawsze jest łatwe, ale to jedyna droga.
Skąd dziś przychodzą powołani?
Struktura powołań bardzo się zmieniła. Tradycyjnie większość kleryków wywodziła się z Liturgicznej Służby Ołtarza, oazy czy innych wspólnot. I nadal to są ważne źródła. Ale coraz częściej zgłaszają się osoby, które nie były związane z żadną szczególną grupą formacyjną w Kościele. Coraz więcej kandydatów ma już doświadczenie studiów czy pracy zawodowej. Nierzadko są to ludzie po trzydziestce, którzy w pewnym procesie odkryli wiarę na nowo i chcą pójść za głosem powołania. To ogromne bogactwo, ale też wyzwanie. Taki kandydat wnosi nie tylko doświadczenie życiowe, dojrzałość, lecz także zranienia czy trudne historie. Formacja musi być wtedy bardziej zindywidualizowana. Ciekawa jest też zmiana geografii powołań. Jeszcze 20–30 lat temu większość powołań pochodziła z terenów wiejskich. Dziś to głównie Wrocław i miasta, ze wskazaniem na te większe. Tam, gdzie życie religijne wydaje się słabsze, paradoksalnie rodzą się nowe powołania.
Jak seminarium powinno być obecne w życiu lokalnego Kościoła?
Seminarium nie może być zamkniętą twierdzą. To serce diecezji bijące dla całej wspólnoty. Dlatego alumni powinni być obecni w parafiach, angażować się w inicjatywy diecezjalne, uczestniczyć w życiu Kościoła lokalnego. Seminarium musi żyć tym, czym żyje lokalny Kościół, którym jest diecezja. W naszym przypadku to, czym żyje archidiecezja wrocławska, powinno być też treścią życia i modlitwy seminarium. Ci, którzy dzisiaj są alumnami, za kilka lat będą księżmi. Jeżeli teraz w seminarium nauczą się tego, żeby żyć Kościołem lokalnym, jego sprawami, problemami, wyzwaniami i jego inicjatywami, to będzie to później owocować w życiu kapłańskim. To również ogromnie ważne w perspektywie budowania jedności zarówno ze swoim biskupem, jak i z całym duchowieństwem.
Seminarium to bardziej bastion tradycji czy laboratorium zmiany?
I jedno, i drugie. Seminarium musi być wierne tradycji Kościoła – bez tego zatraciłoby swoją tożsamość. Ale jednocześnie musi być miejscem, gdzie rodzą się odpowiedzi na nowe pytania. Widzimy to bardzo wyraźnie. Alumni są różni: jedni mocno przywiązani do tradycyjnych form pobożności, inni bardziej otwarci na dialog i poszukiwania. Seminarium staje się miejscem spotkania tych postaw. To nie zawsze jest łatwe, ale bardzo owocne. Uczy bowiem wzajemnego szacunku i otwiera na różnorodność w Kościele.
Jaką rolę w formowaniu młodych księży odgrywa dziś duchowość, a jaką dojrzałość psychiczna i emocjonalna?
Formacja seminaryjna ma cztery wymiary: ludzki, duchowy, intelektualny i pastoralny. Wszystkie są ważne, ale punktem wyjścia jest formacja ludzka. Nie można budować życia duchowego na niedojrzałej osobowości. Jeśli ktoś nie potrafi tworzyć relacji, nie radzi sobie z emocjami, nie umie być odpowiedzialny – trudno mu będzie owocnie przeżywać formację i zostać dobrym księdzem. Dlatego tak ważny jest etap propedeutyczny. Tam alumni uczą się podstaw: samodzielności, pracy zespołowej, odpowiedzialności za wspólnotę. Dopiero na tym fundamencie można budować formację duchową. Kapłan to człowiek Boga, a nie tylko „pracownik religijny”. Ale duchowość musi być zakorzeniona w realnym życiu. To właśnie równowaga między łaską a naturą, między modlitwą a codziennością czyni alumna wiarygodnym. Na solidnym fundamencie ludzkim i duchowym można budować przygotowanie intelektualne i w końcu duszpasterskie.
Co powiedziałby Ksiądz młodemu człowiekowi, który czuje powołanie, ale boi się przekroczyć próg seminarium?
Powiedziałbym: „Chodź i zobacz” (por. J 1, 39). Wejście do seminarium nie jest ostateczną decyzją na całe życie. To początek drogi rozeznawania. Nikt nie wymaga, by młody człowiek w dniu przekroczenia progu był już pewien, że zostanie księdzem. Seminarium jest czasem sprawdzania: czy to jest moja droga, czy Pan Bóg naprawdę mnie wzywa. W ciągu siedmiu lat można odkryć swoje powołanie, umocnić je albo rozeznać, że jednak prowadzi w inną stronę. To też jest wartość. Najważniejsze, by mieć odwagę zrobić pierwszy krok. Resztę Bóg poprowadzi.
Księże Rektorze, na zakończenie – czy jest jakieś słowo, motto, które szczególnie towarzyszy Księdzu w tej nowej misji?
Tak, wracam do swojego zawołania prymicyjnego. To cytat z proroka Izajasza: „Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę” (Iz 61, 1). Wybrałem je, gdy przyjmowałem święcenia, i ono mnie prowadziło zarówno kiedy zostałem skierowany na pierwszą parafię, kiedy studiowałem we Freiburgu w Niemczech, jak i kiedy przez dziesięć lat pełniłem funkcję sekretarza Arcybiskupa Józefa Kupnego. Widzę w tych słowach klucz do kapłaństwa. To nie ja wybieram miejsce, to nie ja planuję misję. To Pan Bóg mnie posyła.

