Nauka to nie wszystko

O wychowaniu dobrego
chrześcijanina i obywatela,
szkolnictwie w wydaniu
katolickim, wynikach
naukowych i konkurencji
na rynku edukacyjnym,
z ks. Mariuszem
Jeżewiczem SDB,
dyrektorem Zespołu Szkół
Salezjańskich Don Bosco
we Wrocławiu,
rozmawia

MARTA WILCZYŃSKA

„Nowe Życie”

Dzieci w drodze na wspólną Eucharystię
rozpoczynającą kolejny semestr nauki

ZESPÓŁ SZKÓŁ SALEZJAŃSKICH DON BOSCO WE WROCŁAWIU

Marta Wilczyńska: Zacznijmy marketingowo: Dlaczego szkoła katolicka jest atrakcyjna dla dzieci i rodziców?
Ksiądz Mariusz Jeżewicz SDB: Głównym atutem katolickiej szkoły podstawowej jest zapewnienie rodzicom poczucia bezpieczeństwa. W naszej szkole propagowane są wartości chrześcijańskie, które, jak czuje wielu rodziców, nie są respektowane w innych szkołach. Druga rzecz: opieramy się na systemie wychowawczym naszego założyciela, św. Jana Bosko. To system prewencyjny, który zakłada integralny rozwój młodego człowieka. Staramy się więc, żeby nasi uczniowie rozwijali się intelektualnie, fizycznie, moralnie oraz duchowo, ponieważ człowiek jest jednością psychofizyczną.
To sporo spraw, o które trzeba zadbać w czasie tych kilku godzin, kiedy młody człowiek jest w szkole. Jak to zrobić?
Wiąże się to bardzo mocno z gronem pedagogicznym i innymi pracownikami szkoły, którzy wiedzą, co dla nich ważne i na co kładą nacisk. Zaczynamy już od kalendarium, od tego, co będziemy świętować, do czego się przygotowywać; to są także godziny wychowawcze i tematy na nich poruszane; to sposób rozwiązywania sytuacji konfliktowych. Wyraża się to również w pozytywnej atmosferze, w codziennej asystencji, życzliwości, postawie dobroci oraz szukania dobrego rozwiązania.
Wróćmy do atutów. Powiedział Ksiądz o szkole podstawowej – to znaczy, że z ponadpodstawową nie jest tak samo?
Szkołę podstawową wybierają rodzice, a przy wyborze szkoły ponadpodstawowej decyduje w większym stopniu młodzież. Stąd też o wiele łatwiej jest funkcjonować katolickim szkołom podstawowym, gdzie przekaz kierowany jest do rodziców, tu konkurencja jest też o wiele mniejsza. Wiąże się to z przepisami państwa, według których katolickich szkół podstawowych nie obowiązuje rejonizacja. Stąd dzieci przyjeżdżają do nas z różnych części miasta i okolic. Przy szkołach średnich nigdzie nie ma już obwodu i trzeba konkurować ze szkołami, które mają wieloletnią tradycję. Gdyby nie czasy komunistyczne, zapewne szkoły katolickie też wypracowałyby sobie tę tradycję, natomiast po 1989 r. wejść takim szkołom na rynek szkół ponadpodstawowych nie było łatwo. Dlatego też tych szkół jest mniej i jest im trudniej. Natomiast ich atutem może być przyjazna, w większości kameralna atmosfera, dobre relacje pomiędzy uczniami oraz nauczycielami.

Dla młodzieży jest ważne, żeby czuć się dobrze w szkole. Jak wspomniałem wcześniej, tu także kładziemy nacisk na integralny rozwój osoby.
Czyli również na naukę, zdawalność
egzaminów, rankingi…?
Utrzymanie poziomu naukowego jest wielkim wyzwaniem dla katolickich szkół średnich. Przy wyborze liceum głównym atutem nie jest poczucie bezpieczeństwa jak przy wyborze szkoły podstawowej, tylko zdawalność matury. Żeby tę zdawalność mieć na wysokim poziomie, to trzeba ją wypracować, przyciągnąć zdolną, pracowitą młodzież i kadrę. To stanowi wyzwanie, ponieważ na to trzeba czasu, a konkurencja na rynku jest bardzo duża. Idzie niż demograficzny, więc będzie jeszcze trudniej. To pokazał ostatni rok, mały rocznik i problem z naborem.
Czy dla Księdza jako dyrektora oznacza to konieczność sięgania po nowe formy reklamy?
To też zależy od szkoły. Szkoła ponadpodstawowa od lat wymaga prowadzenia działań promocyjnych, bez tego nie dalibyśmy rady. Po pierwsze dlatego, że decydują uczniowie, po drugie konkurencja jest duża i po trzecie na temat szkół katolickich krążą też różnego rodzaju stereotypy. Na przykład takie, że uczą tu sami księża i siostry zakonne albo że uczymy na księży i siostry. Trzeba to wyjaśniać, opowiadać o szkole, wtedy młodzieży otwierają się oczy. To potężny wysiłek promocyjny, żeby zaistnieć na rynku. Natomiast przy szkole podstawowej trendy związane z niżem demograficznym spowodują, że będziemy zmuszeni się promować, choć nie było wcześniej aż takiej potrzeby.
Można się także spotkać z opinią, że edukacja katolicka, funkcjonowanie w domu, w szkole, w czasie wolnym nieustannie w duchu katolickim to izolacja od innych poglądów. To prawda czy stereotyp?
Nie postrzegam tego w ten sposób. Większą trudność w tym względzie mają rodzice i to oni muszą zdecydować, w jakim stopniu pozwolić dziecku uczestniczyć w sprawach związanych „ze światem”. W szkole uczniowie przy obecnym dostępie do informacji absolutnie nie są izolowani. Natomiast trudnością jest przygotowanie młodego człowieka do radzenia sobie z tym „światem”, tak bardzo atrakcyjnym w jego oczach, np. uczenie mądrego korzystania z internetu czy smartfona.

Pasowanie na ucznia klasy 1 to przeżycie dla dzieci
i radość dla całej szkoły

ZESPÓŁ SZKÓŁ SALEZJAŃSKICH DON BOSCO WE WROCŁAWIU

Czy są tacy, dla których atuty, o których Ksiądz wspomniał, są tak silne, że po edukacji w katolickiej szkole podstawowej kontynuują naukę w takim liceum?
Sytuacje są różne, ponieważ dziecko, które przychodzi do szkoły podstawowej, wychodzi z niej jako nastolatek, przeżywający swoje bunty. Mogą się one wyrażać właśnie w tym, że nie chce iść do szkoły katolickiej, żeby pokazać swoją niezależność, spróbować czegoś innego. Bywa też tak, że ponieważ o szkole podstawowej decydują rodzice, a są oni zaangażowani religijnie, to bardzo chcą – co wynika też z miłości – jak najlepiej dla swojego dziecka. Wydaje im się, że „najlepiej” oznacza „jak najwięcej elementów religijnych”. Natomiast dzieci niekoniecznie tak samo to odbierają i dla nich to jest czasem przesyt. Potem, kiedy już mogą same wybrać, to uciekają. Potrzeba dużej roztropności, żeby tego przesytu nie było.
Czy zdarza się, że osoby niewierzące posyłają swoje dzieci do szkoły katolickiej?
Jeżeli tak się zdarza, to z naszej strony nie ma trudności w przyjęciu dziecka. Mówimy natomiast, że będzie ono uczestniczyło w zajęciach z religii, we Mszy św., w porannych modlitwach czy rekolekcjach. Dlatego rodzice muszą się zastanowić, czy na to się zgadzają. To tak, jakby ktoś zapisał dziecko do klasy pływackiej, a potem nie chciał, żeby chodziło ono na basen.
A niewierzące dzieci? Znajomy kapłan prowadził rekolekcje w szkole katolickiej i od wychowawcy usłyszał, że połowa dzieci w klasie określiła się jako niewierzące.
Przypuszczam, że w różnych szkołach i miastach jest inaczej. Kiedy przyszedłem tu, do Wrocławia, byłem bardzo zbudowany tym, że dzieci regularnie się spowiadają, mnóstwo dzieci przystępuje do komunii św. Raczej dziecka, które przystępuje do komunii, nie określi się jako niewierzącego. Na pewno zdarzają się takie sytuacje, ale my nie mamy z tym problemu.
Co oznacza dla Księdza sam przymiotnik „katolicka”? Czy czuje Ksiądz swego rodzaju obciążenie z niego płynące? Dodatkowe zobowiązanie?
Moje odczucie jest takie, że jeśli jakaś trudna sytuacja zaistniałaby w szkole publicznej, to medialnie nie zostanie tak nagłośniona jak ta sama sprawa w szkole katolickiej. Tu będzie dodatkowe szukanie sensacji, „klikalność” będzie rosła. Powoduje w nas to obawy i dmuchanie na zimne. Mamy też rodziców, których część jest bardzo wrażliwa i na przykład sprawdza, czy film, na który chcemy ze szkołą pójść do kina, lub gość, którego chcemy zaprosić, są odpowiednie dla ich dzieci.
To oznacza, że są bardziej wymagający?
Rodzice, posyłając dzieci do szkoły katolickiej, często troszczą się, żeby nie docierały do nich pewne treści, których oni sobie nie życzą. To może być odbierane przez niektóre dzieci jako forma izolacji.
Czy z perspektywy Księdza kiedyś było inaczej? Na przestrzeni lat zmieniają się edukacja, rodzice, uczniowie?
Nie będę odkrywczy, ale tym, co nas wszystkich dzisiaj męczy, jest roszczeniowość. Stanowi to problem i w tym zakresie nastąpiła zmiana. Obecnie przyśpieszyły też rozbieżności w kwestii języka i kodu kulturowego. Przykład: niedawno znajomy ksiądz powiedział do młodego człowieka: „W tym prochowcu wyglądasz jak Zbigniew Cybulski”. Chłopak zrobił wielkie oczy, a ja zacząłem się śmiać i stwierdziłem, że pewnie zrozumiał on tylko wyraz „jak”, ponieważ dzisiaj nie używa się już słowa „prochowiec”, i nie wie, kto to był Zbigniew Cybulski. To duża trudność, z którą spotykają się nauczyciele: coś, co dla nich jest oczywiste, dla dzieci i młodzieży nie jest.

I odwrotnie: młodzi posługują się sformułowaniami, których nie rozumieją dorośli. Ja stosunkowo niedawno dowiedziałem się, kto to jest „sześćdziesiona”, a dla nich to jest wiedza powszechna. Stoimy więc przed wyzwaniem, jak młodzieży przekazać w sposób atrakcyjny i zrozumiały to, co dla nas jest istotne.
To właśnie określiłby Ksiądz jako
współcześnie największe wyzwanie dla edukacji?
Uważam, że dla szkoły i jej pracowników najważniejszą kwestią jest wychowanie i rozwój moralny. Dużo bardziej ucieszyłbym się z ucznia, który po znalezieniu banknotu czy telefonu na korytarzu, przyniósłby go do sekretariatu, niż takiego, który wziąłby udział w olimpiadzie, a znalezione 10 złotych włożyłby sobie do kieszeni. Oczywiście cieszę się z sukcesów naukowych uczniów, ale gdyby któryś z nich miał przy tym być oszustem czy skupionym na sobie egoistą, to wolę takiego, który będzie uczciwy, pracowity i sprawiedliwy.
To są wartości uniwersalne i z punktu widzenia społeczeństwa dobrze by było usłyszeć takie słowa od każdego z dyrektorów szkół, nie tylko tych z epitetem „katolicka”.
Myślę, że w wielu szkołach tak jest, natomiast w pewnym momencie zaczęto kłaść nacisk na to, że szkoła nie powinna wychowywać, ma tylko przekazywać wiedzę. Uważam, że to jest błąd. Nie należy tych dwóch rzeczy oddzielać, ponieważ skutek będzie kiepski. Można mieć dobrze wykształconego, nieuczciwego człowieka, który wykorzysta swoją wiedzę do robienia przekrętów. Nie o to chodzi. Ponadto szkoła powinna uczyć współpracy: jesteśmy razem, żyjemy w społeczeństwie i powinniśmy sobie pomagać.
Dla części rodziców katolicki wymiar szkoły może być swego rodzaju wytrychem, środowiskiem, które wykona całą wychowawczą „robotę”. Czy szkoła katolicka jest gwarantem czegokolwiek?
Trochę odwrócę to pytanie: Kto decyduje o tym, jaki jest człowiek? Geny? Wychowanie? Środowisko? Czy on sam? Odpowiedź na to pytanie jest fundamentalna. Bo jeśli ktoś powie: „geny, wychowanie, środowisko”, to zrzuca odpowiedzialność za swoje zachowanie na czynniki zewnętrzne. Ja jestem przekonany, że to człowiek decyduje o swoim życiu, postępowaniu, wyborach. Geny mogą pewne rzeczy ułatwić lub utrudnić, podobnie wychowanie i środowisko. Decydujący jednak jest wybór danej osoby. Dlatego ktoś może mieć bardzo dobrych rodziców, a podejmować złe decyzje i na odwrót: ktoś może wyrastać w kiepskim otoczeniu, nie mieć predyspozycji, a dobrze decydować. Uważam natomiast, że środowisko, w tym wypadku szkoła, może bardzo pomóc w tym, żeby ktoś wyrastał, jak mówił nasz założyciel św. Jan Bosko, „na dobrego chrześcijanina i uczciwego obywatela”.
Z czego Ksiądz najbardziej się cieszy, gdy spotyka po czasie absolwenta swojej szkoły?
Właśnie z tego, że jest dobrym człowiekiem. A jeśli uda mu się jeszcze do tego coś osiągnąć w kwestii zawodowej, to super. Bardzo się cieszę, gdy dowiaduję się, że założył rodzinę, stara się dobrze żyć, pracować, prowadzi życie religijne. Kiedy błogosławię ślub uczniów i oni są dumni z tego, że byli w szkole salezjańskiej, to dla mnie jest powód do zadowolenia.
Wakacje minęły szybko, właśnie zaczynamy kolejny rok szkolny – czego życzyć u jego progu?
Światła Ducha Świętego, żeby znajdować dobre rozwiązania w trudnych okolicznościach, które się pojawiają. Bo zdarzają się sytuacje naprawdę najróżniejsze, ale istotne jest to, jak my na nie zareagujemy, jak odpowiemy. Mam takie przekonanie i doświadczenie, że zawsze da się znaleźć rozwiązanie, które niekoniecznie jest łatwe, ale może być dobre.

Bosco Talent to szkolny festiwal będący przeglądem wyjątkowych
umiejętności uczniów szkół salezjańskich z Wrocławia

ZESPÓŁ SZKÓŁ SALEZJAŃSKICH DON BOSCO WE WROCŁAWIU