Którędy do szkoły?
W dużych miastach szkół jest do wyboru, do koloru, a idealnej i tak brakuje.
Rotacja uczniów jest wprost proporcjonalna do liczby szkół, a decyzję o wyborze
placówki stale poddaje się analizie pod kątem słuszności. Przesada? Przyjrzyjmy się.
MAŁGORZATA TRAWKA
Wrocław
W szkołach katolickich przekazywanie wartości katolickich może odbywać się również przez takie wydarzenia jak
Bal Wszystkich Świętych czy peregrynacja relikwii (na zdjęciu)
KS. WŁODZIMIERZ PIĘTKA/FOTO GOŚĆ
Ile elementów składa się na dobrą szkołę? Z roku na rok odkrywam ich coraz więcej. Od poziomu kształcenia po jakość cateringu (a może kuchni własnej), od odległości od domu po relacje w klasie, od zaangażowania nauczycieli po liczbę uczniów na metr kwadratowy, od zajęć świetlicowych po wyposażenie laboratorium (lub jego brak), od (nie)dopuszczalności smartfonów po sposób pracy z dziećmi z trudnościami, od… po… – rodzice wszystko skrupulatnie analizują. Często jednak znoszą oni różne niedogodności, jeśli wiedzą, że system nauczania w danej szkole jest spójny z wartościami, które wyznają. Wtedy są gotowi na wyrzeczenia, a czasem również na idące za tym koszty. I trudno się temu dziwić.
Własna ziemia, własna wiara
Czasami jednak rodzice postanawiają wprowadzić własne wartości w najbliższe środowisko. Agnieszka i Stanisław Plebankowie z Radomierzyc zastanawiali się, czy stać ich na dowożenie dzieci do odległej szkoły katolickiej. Wybrali bliższe rozwiązanie. „Chcemy, żeby nasze dzieci wychowywały się w środowisku sąsiedzkim, gdzie będą miały okazję spotykać się ze swoimi rówieśnikami z okolicy i gdzie my, jako rodzina, będziemy mogli dawać świadectwo naszej wiary i życia – tłumaczy decyzję Stanisław. – Drugą z motywacji były kwestie logistyczne. Gdybyśmy mieli wozić dzieci do oddalonych placówek, więcej czasu spędzalibyśmy w samochodzie, przez co byłoby go mniej na życie rodzinne i małżeńskie”.
Państwo Plebankowie z perspektywy czasu widzą, że ich zaangażowanie oraz rozpoznawalność w szkole i okolicy przynosi owoce. W kościele spotykają znajome twarze i sami tymi znajomymi twarzami są dla innych. Wciągają inne rodziny w działalność parafialną: pielgrzymki, festyny czy występy w scholi dziecięcej. Wspólnie z innymi angażują się i biorą odpowiedzialność za lokalne środowisko.
Niestandardowo, ale skutecznie
Szkołę katolicką można wybrać, gdy… jest. A w wielu miejscowościach takiego wyboru nie ma. Pozostaje skorzystać z dostępnych placówek lub… przeprowadzić się.
„Niektórzy ze znajomych dla szkoły katolickiej przenoszą się na drugi koniec miasta albo w ogóle do innej miejscowości – zauważa Joanna Bober. – My nie znaleźliśmy w sobie takiej motywacji. A daleki dojazd na wczesną godzinę też nie wchodził w grę”. Gdy pierwsza pociecha Joanny i Piotra Boberów osiągnęła wiek przedszkolny, rodzice zainteresowali się metodą Montessori: podążaniem za dzieckiem, jego zainteresowaniami, stopniem rozwoju. Poszli tą drogą i przyjęli ją z całym jej bogactwem pedagogicznym: bez kar, bez nagród, z mówieniem o emocjach etc. Gdy jednak przyszło do wyboru szkoły, kontynuowanie tej ścieżki przez trójkę dzieci wydawało się zbyt kosztowne. Joanna z Piotrem spisali więc plusy i minusy każdego rozwiązania: „rejonówki”, szkoły katolickiej, edukacji domowej… Wygrał model niestandardowy. „Tradycyjna szkoła kojarzy nam się z metodą: zakuć, zdać, zapomnieć – wyjaśniają małżonkowie. – Postawiliśmy na połączenie edukacji domowej ze stacjonarną szkołą korzystającą z metody Montessori”.
A co z wychowaniem do wiary? Środowiska związane z edukacją domową są często mocno zakorzenione w katolicyzmie, więc dobrych inspiracji naokoło nie brakuje. Boberowie – oprócz przekazywania wiary dzieciom własnym przykładem – korzystają z formacji skautowskiej oraz wspólnotowego przygotowywania dzieci do przyjmowania sakramentów. „Mamy oboje, niezależnie od siebie, doświadczenie obserwacji osób już dorosłych, po katolickiej szkole. Jako świeżo upieczeni absolwenci szybko zaczynali korzystać z życia, niekoniecznie zgodnie z wpajanymi przez lata zasadami. To, że dzieci pójdą do szkoły katolickiej, nie gwarantuje tego, że będą wierzące” – dzielą się wątpliwościami Joanna i Piotr.
Z pewnością szkoły katolickie biorą na siebie duży ciężar: nie zrazić do wiary. Można bowiem wychowywać w wartościach i cnotach przez wiele lat, a potem jednym zgorszeniem co najmniej część tego wysiłku pogrzebać. Niektórzy twierdzą nawet, że szkoły katolickie są fabryką ateistów, wydaje się jednak, że „ateista” po szkole katolickiej jest po prostu bardziej jaskrawym wyznawcą swojej „niewiary”. Nigdy jednak nie wiadomo, gdzie tak naprawdę dusza dziecka znajdzie przestrzeń wzrostu, a gdzie jego wiara skarłowacieje.
W poszukiwaniu normalności
Wracając do wyboru (często ponownego) szkoły, to kierunki „migracyjne” potrafią zadziwić. Niektórzy rodzice przenoszą dzieci ze szkoły A do B, inni robią dokładnie na odwrót, ze szkoły B do A. I często słyszę (od jednych i od drugich): „Moje dziecko w końcu rozkwitło”. Są też dzieci, które nie lubią zmian i nie ma co im ich fundować, nawet jeśli nie wszystko gra. Problemy są po to, żeby je rozwiązywać, gorzej, jak nie ma z kim tego robić.
Takie doświadczenie stało się udziałem Pauliny i Bartłomieja, rodziców czwórki dzieci. „Jedno z naszych dzieci zaczęło doświadczać nękania ze strony rówieśników z klasy – wspominają. – Nauczyciele nie reagowali. Ponadto została mu przypięta łatka (i to przez nauczyciela!), co niestety przekładało się na nierówne traktowanie i ocenianie”. W szkole, do której uczęszczało dziecko Pauliny i Bartłomieja, dochodziło do przemocy słownej i fizycznej. Trochę czasu upłynęło, zanim Paulina zorientowała się w sytuacji. Nie każde dziecko o tym powie, a ze szkoły nie przychodziła żadna informacja.
Ponowny wybór szkoły stał się koniecznością. Paulina i Bartłomiej spróbowali edukacji w szkołach katolickich. Pierwsza z nich nie była jeszcze tą placówką, która potrafiła dać poczucie bezpieczeństwa i zaproponować indywidualne podejście do ucznia. Ale małżonkowie nie poddali się i dokonali zmiany jeszcze raz. Do obecnej szkoły, do której uczęszczają ich dzieci, mają dużo większe zaufanie. Cenią sobie tutoring – obowiązkowe spotkanie rodziców z opiekunem ucznia, na którym można omówić pracę nad słabościami, ale i rozwój mocnych stron pociechy. Doceniają też mundurki. „Ubiór i makijaż dziewcząt w szkole publicznej wykraczał poza normy skromności w moim rozumieniu – ocenia Paulina. – Jeśli rodzice chcą wychować dziecko zgodnie z wartościami moralnymi, szkoła publiczna w tym nie pomaga”.
Profil absolwenta
Kiedyś usłyszałam radę, że oceniając jakość szkoły, powinnam patrzeć na zachowanie najstarszych uczniów, a nie najmłodszych.
Według Deklaracji o wychowaniu chrześcijańskim Gravissimum educationis Soboru Watykańskiego II: „Wykorzystując postęp nauk psychologicznych, pedagogicznych i dydaktycznych, należy […] pomagać dzieciom i młodzieży w harmonijnym rozwijaniu wrodzonych zalet fizycznych, moralnych i intelektualnych oraz w stopniowym nabywaniu coraz większego poczucia odpowiedzialności za właściwe kształtowanie własnego życia i dążenie do prawdziwej wolności tak przez nieustanny wysiłek, jak i przez odważne i wytrwałe przezwyciężanie przeszkód. Powinni oni także otrzymać pozytywne, mądre i odpowiednie do wieku wychowanie seksualne. Ponadto tak należy ich przygotować do udziału w życiu społecznym, aby dzięki odpowiedniemu i niezbędnemu wykształceniu potrafili włączać się czynnie w różne zespoły ludzkiej społeczności oraz aby byli otwarci na dialog z innymi i chętnie zabiegali o wspólne dobro” (nr 1).
Czy to profil absolwenta szkoły katolickiej? Czy jest on możliwy do osiągnięcia w naszych czasach? Spróbuję odpowiedzieć na te pytania za kilka, może kilkanaście lat. Oby pozytywnie!

