
PIOTR SUTOWICZ
Wrocław
Nieoczekiwany powrót żyletki
Kiedy zaczynałem się golić, czyniłem to za pomocą maszynki, do której wkładało się żyletkę, po starciu wymienianą na nową. Opis żyletki jeszcze kilkadziesiąt, a może nawet kilkanaście lat temu byłby rzeczą całkowicie absurdalną, brzmiałby podobnie jak słynna definicja konia w encyklopedii z XVIII w. Żyletki wraz z maszynkami odeszły jednak do lamusa, ludzie golą się czymś innym. Ostatnie wybory prezydenckie stały się jednak okazją do ich powrotu w zupełnie nowej funkcji – dla określenia różnicy głosów pomiędzy kandydatami.
Różnica pomiędzy panami Trzaskowskim a Nawrockim miała wynosić grubość żyletki. W ostatnim przedwyborczym tygodniu tudzież w trakcie wieczoru wyborczego powiedzenie to powtarzano setki razy. W końcu okazało się, że wybory wygrał Karol Nawrocki z większością nie aż tak minimalną, jak się wydawało, podobną jak kilka lat temu Andrzej Duda. Niemniej sądzę, że owo żyletkowe porównanie nie zasługuje, by je odłożyć do lamusa. Po pierwsze, społeczeństwo rzeczywiście podzieliło się na części niemal równe. Owe niecałe pół miliona różnicy to co prawda nie żyletka, a jedno duże miasto, jednak wobec liczby uprawnionych do głosowania przekraczającej 29 milionów oznacza niewielką przewagę. Po drugie, ważniejsze, żyletka może być symbolem niezwykle ostrego podziału, który się między owymi elektoratami ujawnił. Polaryzacja polityczna jest oczywiście przypisana do obecnego ustroju, nazywanego demokracją – nie wiem, czy liberalną, czy inną, ale w niej przyszło nam żyć. Ostrość podziału ujawniła się w mediach tzw. głównego nurtu, których dziennikarze już dawno odeszli od jakiejś deontologii, która nakazywałaby im być obiektywnymi narratorami, a stali się po prostu propagandystami. Drugi aspekt owej polaryzacji to media społecznościowe, które swymi zasięgami te tradycyjne zdominowały. Tu rzeczy są bardziej radykalne, sformułowania przeciwników często odczłowieczają, a merytoryczna argumentacja zastąpiona została ciętą ripostą, która podoba się followersom. Ktoś powie, że podziały zawsze były. Pewnie tak, ale ów przyśpieszony obieg komunikacji społecznej i jego bezpośredniość zmieniają społeczeństwo w walczące ze sobą plemiona.
Ze swej strony dodam, że w kampanii też nie stałem bezczynnie. Jakoś się w nią włączyłem, również usłyszałem o sobie kilka ostrych, niekiedy niecenzuralnych opinii. Może odrobiną satysfakcji na końcu było to, że kandydat, za którym się opowiedziałem, wygrał – albo inaczej: przegrał ten, przeciwko któremu się wypowiadałem – ale skala brudu, który się wylał, niezmiennie mnie niepokoi. Sklejenie narodu w całość i nawiązanie dialogu wydaje się bardzo trudne, a elitom politycznym chyba do tego nieśpieszno – w końcu jeśli spór się ograniczy, to trzeba się będzie zająć realną pracą: administracją, życiem gospodarczym, kulturą i sprawami międzynarodowymi, a tak ludzi można podjudzić przeciw sobie i… robić niewiele.

