Góry – mój manifest wolności
Czego szukam w samotności na górskich szczytach? Bardzo dobre pytanie,
na które odpowiedź wciąż ewoluuje. W ostateczności nie wszystko jest jasne
i dające się zrozumieć.
MACIEJ RAJFUR
Wrocław
Maciej Rajfur na szczycie Świnicy w Tatrach
FOT. MACIEJ RAJFUR
Warto w życiu mieć swoją świątynię dumania. Miejsce, gdzie człowiek mierzy się sam ze sobą i swoimi myślami. Z tym, czego na co dzień nie słyszy ze względu na nawał obowiązków i wydarzeń, których jest częścią. A dystans jest potrzebny. Gdzie go złapać? Warto na chwilę wysiąść z pędzącego pociągu życia. Ja wysiadam często na stacji: góry. Tam odkrywam siebie na nowo. Łapię równowagę. Czuję, że tkwi w tym także mistyka, ponieważ jestem tam sam na sam z Bogiem.
Dniem i nocą
Pasją do zdobywania wysokości na nogach zaraziłem się… sam. Właściwie w bliżej nieokreślony sposób. Rodzice zabierali mnie na wycieczki w góry na Dolnym Śląsku, ale nie byli zapaleńcami pod tym względem. Organizowali także wyjazdy nad morze i zwiedzanie zabytków w miastach. W rodzinie nie mam żadnych tradycji górskich. Ta przestrzeń pojawiła się w moim życiu od początku studiów, kiedy kształtowała się mocno moja osobowość, poglądy na świat, podejście do życia. Szukałem siebie, swojego miejsca. Zastanawiałem się, gdzie chcę być. Czy idę w dobrym kierunku w życiu? Czym w ogóle mam się kierować? I te refleksje najowocniej snułem właśnie w górach.
W chodzeniu ku górze, we wspinaniu się czułem też wyzwanie fizyczne. Sport zawsze był mi bliski. Od dziecka trenowałem lekką atletykę, a potem piłkę ręczną. Góry stały się dla mnie także przestrzenią realizacji prywatnych sportowych założeń – gdzie mogę się wdrapać i w jaki sposób. Dlatego szybko wyznaczałem sobie różne górskie wyzwania, równolegle kształtując podczas tych wędrówek swoje wnętrze. W pewnym momencie świątynią dumania stała się dla mnie Babia Góra, leżąca w Beskidach. Najwyższy szczyt w Polsce poza Tatrami. Zdobywałem ją w towarzystwie i w samotności. O każdej porze roku i… o każdej porze dnia. Ze znajomym franciszkaninem, o. Piotrem Micałem, spaliśmy w nocy na szczycie Diablaka, by oglądać stamtąd zachód i wschód słońca. Z moją żoną Kamilą (wówczas narzeczoną) wchodziłem nocą, aby zobaczyć wschód słońca. Bywałem tam także samotnie. Zresztą, wschody i zachody słońca w górach zaliczałem regularnie m.in. na Pilsku (Beskidy), Śnieżniku (Sudety), Wielkim Szyszaku i Śnieżce (Karkonosze) czy Turbaczu (Gorce). Najczęściej zimą!
Piękno poruszające serce
Góry pozwalają mi wziąć głęboki oddech – dosłownie i w przenośni. Tam wędruję w milczeniu godzinami, a umysł wyzbywa się wszystkiego, co gromadzi się w nim tygodniami. Emocje, przeżycia, dialogi, spotkania, różne sytuacje – wszystko to na nowo dojrzewa i układa się w głowie. Ale do tego potrzebna jest przestrzeń czasowa, którą należy znaleźć. Ja do tego wybieram właśnie górskie otoczenie. Bardzo ważny aspekt tej przygody stanowi obcowanie z przyrodą, które jest mocno wpisane w naturę człowieka.
Jesteśmy częścią świata stworzonego i w założeniu Stwórcy powinniśmy żyć w nim w symbiozie. Góry dają namiastkę stanięcia blisko natury, a nawet bycia jej integralną częścią. W dodatku wspaniałe przestrzenie i widoki nadają temu światu majestat, poruszają serce i przynaglają do refleksji. Ciężko zdobyć szczyt, rozejrzeć się dookoła, ujrzeć piękno stworzenia i przejść obok tego zupełnie obojętnie.
Przebywanie w górach jest dla mnie w jakimś sensie formą autoterapii i wyciszenia. Podczas wspinaczki zajmują mnie proste sprawy, jak nawadnianie i odżywanie się, odpowiednia nawigacja na szlaku, regulacja organizmu ze względu na zmęczenie, obserwacja pogody, modlitwa, rachunek sumienia. Te proste czynności rozmywają nam się na co dzień. Nie liczą się w pracowniczym trybie. Często stają się częścią życia, którą trzeba szybko odhaczyć. Ale w górach urastają do rangi najważniejszych. Bo rano musisz się zastanowić, jak odpowiednio ubrać się na szlak, żeby było wygodnie i bezpiecznie. Jeden błąd może odbić się poważnie na wyprawie, o czym przekonałem się nieraz. Nawiązując do języka sztuki – na chwilę rządzi prymitywizm. A wszelkie komplikacje tego świata odchodzą na bok.
Zimowe Tatry
Po przygodach w górach niższych ponad dekadę temu rozpocząłem tatrzański etap, który trwa do dziś.
Od razu zastrzegam, że nie umiem tego dobrze wytłumaczyć. W najwyższych polskich górach byłem dziesiątki razy, ale… tylko raz latem, na obozie studenckim w Białym Dunajcu jako dziennikarz. Jednak prywatnie Tatry odwiedzam zawsze zimą, kiedy pokrywa je lód i śnieg. Uwielbiam surowość tego klimatu, ciszę, biel i samotność w takich chwilach. Po tym, jak raz spróbowałem, nigdy jeszcze nie chciałem tego zakończyć lub realizować górskiej pasji w inny sposób. Dlatego Tatry znam bardzo dobrze, ale zimą. Dwa razy wspinałem się tam w towarzystwie, ale kilkadziesiąt eskapad z Wrocławia zrealizowałem samotnie.
Doskonale rozumiem, że to nie jest bezpieczne. Wiem, ile i jak ryzykuję. Ale to właśnie tam jest moja świątynia dumania teraz, na obecnym etapie mojego życia. Poważna wspinaczka zimowa nauczyła mnie pokory, odwagi, sztuki cierpienia dla czegoś wyższego, ale też rozsądku i umiejętności rezygnowania. Nieraz bowiem musiałem się wycofać niedaleko przed szczytem, mimo że serce podpowiadało, by iść. Rozum i chłodna ocena sytuacji jednak wygrywały. Tatry zimą stały się dla mnie corocznym obowiązkowym punktem. Wyznaczałem sobie kolejne, coraz trudniejsze cele. Za mną już ponad 40 całodziennych wypraw. Zacząłem od Tatr Zachodnich, gdzie zdobyłem m.in. Giewont, Ciemniak, Kopę Kondracką, Kończysty Wierch, Starorobociański Wierch i najwyższą tam Bystrą. Szybko przerzuciłem się na Tatry Wysokie. Dzisiaj mam w swojej kolekcji 9 z 14 szczytów Wielkiej Korony Tatr, w tym trzy najwyższe: Gerlach, Łomnicę i Lodowy Szczyt. Na każdym stawałem zimą i samotnie. Oczywiście nie mogłem pominąć Rysów oraz takich szczytów, jak Świnica, Granaty czy Kościelec. Nie wypisuję tych nazw, by się chwalić – zapewniam, że do próżności w tym względzie jest mi daleko. Chcę jednak pokazać determinację, która wynika z wewnętrznej potrzeby bycia tam sam na sam ze sobą i towarzyszącego temu sportowego wyzwania.
Przełamywać siebie
Górskie wspinaczki w zimowych, surowych warunkach mają dla mnie jeszcze jeden ważny aspekt. Przekraczanie siebie. Wyjście z własnej strefy komfortu. Na co dzień bowiem po pracy bywam tak zmęczony, że jedyne, czego pragnę, to sen lub bezwiedne wpatrywanie się w ekran laptopa, na którym leci film. Podświadomie wiem, że nie jest to dobra reakcja. Góry mnie wybudzają z codziennego letargu, także tego fizycznego.
Kilkadziesiąt razy przerabiałem sytuację, w której o 3 w nocy dzwonił budzik w pensjonacie. Na dworze było ciemno, zimno i padał śnieg, a ja miałem zaplanowaną wyprawę. I ostatnie, czego chciałem, to wyjść spod kołdry. Potem, po 10 godzinach stawałem na wymarzonym szczycie. U stóp miałem piękną panoramę Tatr. Słońce ogrzewało mi twarz, choć czułem też mróz. Cieszę się, że nie odpuszczałem. Po drodze też zdarzały się zwątpienia. Nogi i ręce odmawiały posłuszeństwa, ale przełamywałem swoje bariery, co potem sprawiało mi ogromną satysfakcję. Ten pozytywny upór przywożę z tatrzańskich ośnieżonych szczytów do stolicy Dolnego Śląska, gdzie toczy się moje życie codzienne. W plecaku, na którym topnieją lodowe sople, przywożę także spokój ducha, wewnętrzną radość i cierpliwość do wielu trudnych spraw, które mnie czekają. Wśród ludzi krąży takie powiedzenie: „W górach jest wszystko, co kocham”. Ja mam swoją wersję: „W górach pielęgnuję wszystko, co kocham”.
FOT. MACIEJ RAJFUR

