Pontifex od słabych mostów

W papieskim tytule „pontifex maximus” zawierają się dzieje rzymskiej posługi św. Piotra.

ANNA RAMBIERT-KWAŚNIEWSKA

Wrocław

Zaparcie się św. Piotra, Gerard Seghers,
olej na płótnie, ok. 1620–1625,
Muzeum Sztuki w Karolinie Północnej (Raleigh)

WIKIMEDIA COMMONS

Niejeden starożytny mieszkaniec Rzymu okazałby wielkie zdziwienie, gdyby do jego uszu dotarła wiadomość, że urząd zwany pontifex został zaadaptowany przez hierarchię chrześcijańskiej wspólnoty Kościoła. Tytuł „pontifex”, czyli „budowniczy mostów” (od pons – ‘most’, oraz facio – ‘czynię’), z przydomkiem „maximus” był bowiem jednoznacznie kojarzony z przewodniczącym pogańskiego kolegium kapłańskiego. Sama funkcja jest ponoć niemal tak stara jak sam Rzym, choć co do tego badacze wyrażają różne opinie. Niemniej, w czasach, gdy republika przekształciła się w pryncypat, a pryncypat w cesarstwo tytuł „pontifex maximus” przylgnął do samego princepsa i cesarza, którego dominacja nie ograniczała się do zwierzchnictwa politycznego i militarnego, ale obejmowała również kult. Tym samym pontifex sam poniekąd stał się bogiem, ciesząc się niejednokrotnie pośmiertnym tytułem „divus” (‘boski’). Tymczasem prototyp papieża daleki jest zarówno od boskości, jak i nawet od umiejętnego budowania – nawet po Pięćdziesiątnicy! Dlaczego więc tak trudno wybaczyć nam potknięcia współczesnych papieży, skoro o upadkach Piotra wspomina nie jeden, ale czterech ewangelistów, a nawet sam Paweł? Piotr dopuścił się bowiem m.in. opisanych niżej występków.
Niezrozumienie
Trwanie przy samym Mesjaszu musiało być niezwykle wymagające i tu niezrozumienie Piotra nie wydaje się jeszcze tak rażące, skoro Jezus sam mianował go Piotrem Skałą (por. Mt 16, 18). Ponieważ już tą skałą się nominalnie stał, miał zapewne nadzieję, że rozumie więcej niż pozostali uczniowie. Nie rozumiał, skoro chciał wyhamować rozpędzoną historię zbawienia w kulminacyjnym jej momencie (por. Mt 16, 22; Mk 8, 32). Czy można go winić? Nie, skoro pragnął po ludzku uchronić od cierpienia Tego, dla którego zrezygnował z dotychczasowego życia i trwale opuścił swoją bezpieczną galilejską przystań. Pierwszy papież (używamy tego tytułu we współczesnym znaczeniu) uległ jedynie błędnej, bo ludzkiej interpretacji wydarzeń, których był bezpośrednim świadkiem.
Fałszywe zapewnienia
Prawdą jest, że nikt nie chciałby zawieść w momencie ostatecznej próby. Myślę, że uniwersalnym pragnieniem tych, którzy spotkali Chrystusa, jest gotowość do złożenia, w razie wyższej konieczności, ofiary z życia. Czy może być coś bardziej haniebnego niż odstąpienie od Niego w chwili próby? Tymczasem za przykład został nam postawiony ten, który solennie zapewniał: „Choćby wszyscy zwątpili w Ciebie, ja nigdy nie zwątpię […] Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie” (Mt 26, 33.35; Mk 14, 31 BTP). Tymczasem pierwszy papież nie dotrzymał słowa.
Zwątpienie i wyparcie się
Odstąpienie od zapewnień o gotowości męczeństwa razi jeszcze bardziej, gdy ma się świadomość, że Piotr był m.in. świadkiem przemienienia Jezusa na górze. Czyż nie on sam chciał postawić namioty również dla Mojżesza i Eliasza (por. m.in. Mt 17, 4)?

Doświadczył spektakularnych przejawów Bożej mocy działającej w Jezusie, ale okazały się one niewystarczające dla wyrugowania tchórzostwa tkwiącego w Piotrowej naturze. Ten sam, który rozpoznał Chrystusa, odrzekł zapytany o powiązania z Nim trzykrotnie: „Nie znam Go, kobieto”, „Człowieku, nie jestem [Jego uczniem – dop. ARK]” „Człowieku, nie wiem, co mówisz” (Łk 22, 56-60 BTP). Czyż papież nie powinien śmiało pójść na ukrzyżowanie, by zawisnąć tuż obok swojego Pana?
Hipokryzja
Nawet spektakularne zstąpienie Ducha w dniu Pięćdziesiątnicy nie wykorzeniło Piotrowych bolączek, choć moment ten uznaje się zwykle za skuteczne remedium na wpisany w jego apostolat strach. Tymczasem, gdy w pierwszych wspólnotach pojawił się spór co do ewangelizacji pogan, który rozstrzygnięto pozytywnie na tzw. soborze jerozolimskim (49 lub 50 r. po Chr.), Piotr wciąż lawirował. Poszedł do pogańskiego domu Korneliusza, na który zstąpił Duch Święty, i ochrzcił członków całej rodziny (zapewne z niewolnikami włącznie), po czym spożywał z nimi pokarmy dopuszczane przez Prawo (por. Dz 10, 9-16), ale… do czasu. Gdy tylko zjawiali się przedstawiciele Kościoła jerozolimskiego, który wciąż zachowywał niektóre, m.in. pokarmowe zwyczaje żydowskie, Piotr natychmiast porzucał pogańskie stoły. Dlaczego? Paweł nie ma wątpliwości, że czynił tak ze strachu (Ga 2, 11-14). Czy taka małostkowość i brak przeświadczenia o słuszności własnych decyzji przystawała pierwszemu papieżowi?
Prawdziwy pontifex maximus
W świątyniach Rzymu, w których znajduje się często niezwykle spektakularne funeralne kaplice papieży, można odnotować obecność łacińskich inskrypcji ze skróconym tytułem „pontifex maximus”. Choć miał on zostać odniesiony do papieży już w starożytności, nigdy nie wszedł do oficjalnej tytulatury biskupów Rzymu. Od samego początku jego adaptacja spotykała się z krytyką, jak ta ukuta przez Tertuliana względem papieża Kaliksta I, który nie protestował, gdy się tak do niego zwracano. Ostatecznie jednak określanie człowieka jako „budowniczego mostów”, czyli tego, który pośredniczy, a może nawet łączy światy ludzki i boski, byłoby pewnym zawłaszczeniem, ponieważ „jeden jest Bóg, jeden jest też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek – Chrystus Jezus” (1 Tm 2, 5 BTP). Nie spodziewajmy się zatem, że ziemska głowa Kościoła zdoła doskonale udźwignąć ciężar pontyfikalnego (w swoim pierwotnym znaczeniu) zadania – przewyższa ono bowiem możliwości wszelkiego stworzenia. Ma on być jednak skalnym wsparciem, twardym fundamentem, który przede wszystkim jest, ponieważ na nim buduje się jedność, również doktrynalna, Kościoła. Należy również pamiętać, że świętości nie definiuje się brakiem upadków, a Piotr jest tego wzorcowym przykładem. Pomimo dramatycznych przewin moc przez niego działająca była i jest potężna (por. Dz 5, 12-16), uzdrawiająca (por. 3, 1-10), życiodajna (por. 9, 36-43!) i konsolidująca.