
KS ANDRZEJ DRAGUŁA
Zielona Góra
Lekcja pamięci
Nie więcej niż 90 km na południe od Wrocławia, po przekroczeniu granicy z Czechami, docieramy do miejscowości Bílá Voda. Rozegrały się tu niezwykle ważne wydarzenia w powojennej historii Czechosłowacji. W 1950 r. zlikwidowano klasztory, a zakonnice przewieziono do miejsc internowania. Jedno z nich znajdowało się w Bílej Vodzie. Zamieszkało tu kilkaset sióstr z 15 zgromadzeń zakonnych, około 700 z nich dokończyło swojego żywota na miejscowym cmentarzu. To tu toczy się akcja powieści Kateřiny Tučkovej Bílá Voda.
Jest rok 2007. Do domu, w którym mieszka kilka sióstr, przybywa Lena Lagnerová, dziewczyna z niełatwą przeszłością, by odnaleźć tu spokój. Siostry przydzielają jej pracę w archiwum. Tak oto „ciemna noc” Leny zaczyna się splatać z historiami mieszkanek klasztoru. W jej ręce wpadają m.in. dziennik pisany przez siostrę Tobię, raporty urzędnika ds. wyznań czy korespondencja między proboszczem a biskupem. Wydarzenia dziejące się w dwóch płaszczyznach narracyjnych łączą się. Przecież w gruncie rzeczy wciąż stajemy wobec tych samych pytań, choć stawiamy je w innych kontekstach historycznych i kulturowych.
Jak zauważa Tučková, to powieść, a nie reportaż historyczny. Fabuła zawiera więc wydarzenia, które miały miejsce, takie, które przebiegły inaczej, i takie, które są jedynie fikcją. To oczywista trudność w lekturze. W książce są też błędy rzeczowe: przed Soborem Watykańskim II nie było koncelebry, a żaden biskup nie wychodził z samochodu z pastorałem w ręku. Nie to jest jednak najważniejsze. Powieść otwiera przed nami świat, z którego istnienia być może nie zdawaliśmy sobie sprawy. I chodzi nie tylko o prześladowanie czechosłowackiego Kościoła, lecz także o kolaborację z władzą, tajny Kościół i wyświęcanie kobiet dla przetrwania wiary. Poza wszystkim jest to piękna przypowieść o miłosierdziu, przebaczeniu, nawróceniu i wewnętrznym uzdrowieniu.
Pierwszy tom powieści czytałem akurat, kiedy w Polsce trwała dyskusja wzniecona słowami amerykańskiego biznesmena i polityka o tym, czy należy zapominać o zbrodniach przeszłości. Nie, nie należy. I nie po to, aby je wypominać czy żądać kolejnych aktów skruchy. Cel jest inny – trzeba pamiętać, ponieważ to, co się wydarzyło raz, może się zdarzyć po raz wtóry. W powieści jest scena, gdy siostry przyjeżdżają do klasztoru, a funkcjonariuszka partyjna wita je słowami: „No, koniec trasy! Przynajmniej tej ziemskiej. Bo stąd droga prowadzi albo donikąd, albo do waszego życia wiecznego! Możecie tu sobie wierzyć, w co tylko chcecie, nie deprawując porządnych obywateli. […] Mogłyście skończyć o wiele gorzej”. Oczywiście, historia nigdy się nie powtarza jako własny klon. Może wydarzyć się w podobnym scenariuszu. I o tym też jest ta książka: nie tylko o przebaczeniu, lecz także o możliwościach, jakie kryje zło drzemiące w człowieku.

