
PIOTR SUTOWICZ
Wrocław
Co dla kogo jest (ważną) historią?
Kilka miesięcy temu we Wrocławiu odbyło się uroczyste odsłonięcie pomnika żołnierzy wyklętych u zbiegu ulic Glinianej i Borowskiej. Dodam, że mnie się on podoba – godny bohaterów, którym został poświęcony. Jest nie tylko obiektem odnoszącym się do historii, lecz także punktem, który warto zobaczyć. Może być nawet i atrakcją turystyczną.
Zachęcam do zobaczenia tego pomnika. Opowiada on – i tak powinno być – do czego odwołuje się wspólnota, która za jego wybudowaniem i pielęgnowaniem stoi. Pomnik upamiętniający wydarzenia bądź postaci historyczne siłą rzeczy mówi o tym, co za swoją historię uważają mieszkańcy. Oczywiście może być tak, że nikt ich o zdanie nie będzie pytał i monument jakiś postawi się przy ich obojętności lub nawet sprzeciwie. Przypomina mi to historię nie budowy pomnika, ale zmiany jego wymowy, czyli nadania mu innej niż dotychczasowa narracji historycznej. Dokonali tego niemieccy okupanci w Warszawie w czasie II wojny światowej, kiedy przedwojenną tablicę na pomniku Mikołaja Kopernika głoszącą: „Mikołajowi Kopernikowi Rodacy”, odkręcili, a zamontowali inną o treści: „Dem Grossen Astronomen”. Działanie to z kolei spotkało się z reakcją polskiego podziemia, i tu tylko przypomnę znaną w mojej młodości opowieść o brawurowej akcji Aleksego Dawidowskiego i grupy młodych konspiratorów, którzy tablicę zdemontowali i wywieźli. Wywołało to reakcję okupantów, którzy w ramach represji usunęli, choć nie zniszczyli, pomnik Jana Kilińskiego – został on przewieziony na teren zamkniętego Muzeum Narodowego. Odpowiedź warszawiaków była dowcipna – w miejscu jego przechowywania na murze umieścili napis: „Jam tu ludu W-wy. Kiliński Jan”.
Cała ta opowieść dość luźno, ale logicznie powiązana jest z wrocławskim pomnikiem w tym sensie, że może nie okupantom, ale różnym oponentom pomnik wrocławski się nie podoba, nie podobała się sama idea jego wzniesienia, a skoro już powstał, to nie podoba się im to, że jest i że podoba się np. kibicom Śląska Wrocław. Mnie też nie podobają się niektóre wrocławskie upamiętnienia, np. forma cmentarza żołnierzy, a właściwie oficerów armii radzieckiej przy ulicy Karkonoskiej – nie dam się tu wpędzić do narożnika, że niby atakuję fakt pochówków ludzi, którzy zginęli, zdobywając Wrocław. Ten cmentarz to coś więcej. Dwa monumentalne radzieckie czołgi, które witają wjeżdżających do Wrocławia kierowców, to nie pochówek, to symbol panowania, który przeżył panowanie jako takie – tak przynajmniej jestem skłonny sądzić. Jakoś tak się składa, że ta część dziennikarzy i polityków, którzy atakowali i atakują wrocławski pomnik wyklętych, co najmniej milczy w tej sprawie.
Z tym drugim moim zdaniem walczą, a przeciw temu pierwszemu nic nie mają. Ciekawe, jaka z tego historia się może wyłaniać?

