Czerwiec 2006

Proszę was...
Benedykt XVI

Chciałbym każdemu z Was uścisnąć dłoń, patrząc w oczy!
Krzysztof Bramorski

Ewangelia Judasza – czy zagrożenie dla wiary?
ks. Mariusz Rosik

Equipes Notre Dame – ruch duchowości małżeńskiej
Zofia i Stanisław Skrzyneccy

Żył wśród trędowatych
Sławomir Wiśniewski

Zapomniany przyjaciel Polski
Artur Adamski

Prawda czy fałsz?
Jan Hawryliszyn




Strona główna

Archiwum

Chciałbym każdemu z Was uścisnąć dłoń, patrząc w oczy!
Krzysztof Bramorski



Jeszcze w przededniu papieskiej pielgrzymki media prześcigały się w komentowaniu oczekiwań pod jej adresem. Kolejne sondaże, układane na kolejne zamówienia, mówiły, jak papież powinien się zachować, co powiedzieć, z kim, gdzie, kiedy i w jakiej kolejności się spotkać. I czego, broń Boże, robić i mówić nie powinien...

A On przyjechał do nas. Przyjechał spotkać się, mówić o rzeczach ważnych, wejść w ślady Jana Pawła II. Ale nie po to, żeby go naśladować. Po to, żeby lepiej nas zrozumieć, żeby oddychać powietrzem jego Ojczyzny. Żeby patrzeć na ziemię, na której się urodził, i na której dorastał do podjęcia służby Chrystusowi i Jego Kościołowi. A przede wszystkim, żeby spotkać żywych ludzi, jego Rodaków, zakosztować naszej wiary, z której wyrósł i upewnić się, czy w niej trwamy. I aby prosić Boga, by zachował w nas dziedzictwo wiary, nadziei i miłości, jakie pozostawił światu Jan Paweł II.
I właśnie takiego naprawdę my chcieliśmy go spotkać. Wychodziliśmy mu na spotkanie jeszcze trochę niepewni własnej reakcji – to przecież już nie "nasz" papież... Jak zareagujemy? Może nie wypada się tak spontanicznie cieszyć? Może będzie to jakoś "nieuczciwe" wobec Jana Pawła II?
Lecz kiedy wreszcie się pojawił, obawa znikała: To jest nasz papież, nasz papież Benedykt XVI! Żywiołowa reakcja warszawiaków zebranych na trasie przejazdu Gościa z Okęcia do Katedry św. Jana Chrzciciela dała przedsmak tego, co miało dziać się przez następne cztery dni. Pozdrowieniom, okrzykom, radości nie było końca.

Bądźcie autentyczni w waszym życiu i posłudze
"Benedetto, Benedetto!" powitali papieża duchowni zebrani w Katedrze. Serdeczne, radosne powitanie, potem było już poważnie. Papież mówił o mocy i wielkości Chrystusowego kapłaństwa, o odpowiedzialności kapłanów, którzy działają in persona Christi. Wzywał do osobistej modlitwy, uczył doceniać znaczenie adoracji i milczenia przed Bogiem. Z tej modlitwy kapłan ma czerpać siły i natchnienie, by być "specjalistą od spotkania człowieka z Bogiem". Padły też inne ważne słowa: o odpowiedzialności za przeszłość i przyszłość, o pokorze w przebaczaniu, o wyzwaniach duszpasterskich związanych z emigracją i bezrobociem. Papież dziękował również za zaangażowanie polskiego Kościoła w dzieło misyjne i zachęcał do służby nowym ruchom i wspólnotom, rodzinom, młodzieży, ubogim i opuszczonym.
To przesłanie papież rozwinie w Częstochowie. Zwracając się do osób konsekrowanych, kleryków, przedstawicieli ruchów kościelnych powie o chwilach ciszy i skupienia potrzebnych, by uczyć się od Maryi życia i wzrastania w wierze, obcowania z Bogiem w zwyczajnych, codziennych momentach życia. Powie o zachwycie, jaki przeżywa człowiek rozpoznający swoje powołanie, o wrażliwości na ślady świętości wśród wiernych. Powie wreszcie o swojej nadziei na rozwój nowych ruchów w Kościele i ich służbę sprawie Królestwa Bożego w świecie.

Gromadzi nas dzisiaj pragnienie spotkania
Tymczasem jednak na Benedykta XVI czekało spotkanie ekumeniczne w warszawskim kościele św. Trójcy. Tutaj już raz w 1991 r., z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich spotykał się Jan Paweł II. Nie zabrakło odwołań do tego spotkania. Papież przywołał także przykłady ogromnego postępu, jaki od tego czasu dokonał się w światowym i polskim ruchu ekumenicznym. Także i tutaj Ojciec Święty wybiegł w przyszłość: posługa charytatywna i troska o małżeństwa międzywyznaniowe to dwa główne zadania, jakie stają przed siostrzanymi Kościołami. Tego oczekują wierni, tego oczekuje Chrystus: dążenia do pełni braterskiego pojednania.
Kończył się pierwszy dzień pobytu Benedykta XVI w Polsce. Padły pierwsze doniosłe, trudne, ale – jak od razu zauważono – pełne miłości i oparte na doskonałej orientacji w polskich sprawach słowa papieża. Trochę żal było tylko, że wszystko przebiega tak "po niemiecku", co do minuty zgodnie z programem... Czy wydarzy się coś nieprzewidzianego?
Nadziei nie porzucali warszawiacy zgromadzeni pod budynkiem nuncjatury, w której zamieszkał papież. "Benedetto" "Wyjdź do nas!" rozlegało się donośnie w Alei Szucha, choć "dobrze poinformowani" nie dawali nadziei na sukces. A jednak! Papież pojawił się na balkonie nuncjatury uśmiechnięty, pozdrowił zebranych. Szkoda, że jest jednak bariera językowa, która nie pozwala – na razie? – wejść w dialog. Chociaż... czy do dialogu zawsze konieczne są słowa?
Powoli cichły wiwaty – w końcu także papież musi iść kiedyś spać!
Trwajcie mocni w wierze, przekazujcie ją waszym dzieciom, dawajcie świadectwo łasce!
Piątek to przede wszystkim msza święta na placu Piłsudskiego. Tu znowu nie da się uciec od wspomnień. Jan Paweł II wzywający Ducha Świętego, by odnowił oblicze TEJ ziemi... Polska żegnająca wielkiego Prymasa Tysiąclecia w dniach, kiedy Jan Paweł II walczył ze słabością po majowym zamachu... Narodowe pożegnanie setek tysięcy Polaków z papieżem w kwietniu 2005 roku... Benedykt XVI stanął w miejscu, które przytłacza historią. Mówił o tej historii, mówił o wierze, której wierność pozwoliła Polakom wytrwać, która ma nas prowadzić i być dla nas źródłem miłości. I znowu papież wskazał nam przyszłość: trwając mocni w wierze musimy dawać świadectwo łasce, z której tak obficie czerpiemy. Mamy wziąć odpowiedzialność za prawdę ewangelii, za niezmienność prawd wiary w zmieniającym się świecie.
Na to spotkanie wierni czekali od poprzedniego wieczora. Plac wypełnił się po brzegi jeszcze nad ranem – choć nie przyszło aż tak dużo ludzi, jak spodziewali się organizatorzy. Po części winna była temu pogoda – "wiosenny deszczyk", o którym przed papieską mszą mówił Ksiądz Prymas, przemoczył do suchej nitki pielgrzymów – po części na pewno miejsce celebry – plac podzielono na sektory mogące pomieścić niewiele ponad sto tysięcy osób, reszta i tak musiała zdać się na rozstawione w okolicy telebimy. Zdaniem warszawiaków inaczej byłoby, gdyby msza odbywała się na przykład na lotnisku na Bemowie – ale to już nie byłoby to samo...
Benedykt XVI chciał jednak stanąć w historycznym miejscu. I tu po raz kolejny zobaczyliśmy, że to "nasz" papież. Podbił serca Polaków starając się po polsku wygłosić – niełatwe! – fragmenty homilii. Na koniec mszy świętej, ku konsternacji wszelakich służb bezpieczeństwa, na dobre kilkanaście minut wszedł pomiędzy ludzi, ściskał ręce, błogosławił. Niejednemu stanął przed oczami obraz z 22 października 1978 roku, kiedy to Jan Paweł II wprowadził w popłoch watykańską ochronę, nieprzyzwyczajoną do tego, by Najwyższy Kapłan zstępował do ludu. Benedykt także jeszcze nie raz nas w czasie tej pielgrzymki zaskoczy! Już po południu ponownie – poza programem – pojawił się na balkonie nuncjatury, wywołany przez zgromadzonych mieszkańców miasta. Tym razem było to tylko błogosławieństwo, ale już niedługo...

Przybywasz do swojej Matki
w "dniu matki"

Częstochowa jeszcze na kilka dni przed pielgrzymką była dość "niepewnym" jej etapem. Oficjalny program przewidywał modlitwę papieża w kaplicy, spotkanie i przemówienie do wąskiej grupy osób. W programie relacji telewizyjnych znajdowała się, co prawda, transmisja nabożeństwa – raz "majowego", raz "eucharystycznego" – jednak nie było to do końca jednoznaczne.
Wszystkie wątpliwości rozwiał widok Wałów Jasnogórskich w czwartkowy wieczór. Wóz obserwacyjny BOR-u, paulini uwijający się przy przystrajaniu ołtarza, pierwsze grupy pielgrzymów zajmujące miejsca na placu pod wałami. O 21.30 Jasna Góra zostaje zamknięta. Następnego dnia od rana plac wypełnia się pielgrzymami. Nie da się precyzyjnie określić, ilu ich jest. Doświadczeni paulini mówią, że kiedy plac jest pełny, tłum sięga aż w aleję NMP i zaczyna falować, to jest milion. Dziś nie jest aż tak pełno, jednak przybywający po południu muszą ustawiać się już w parku i po bokach – zbliżamy się do pięciuset tysięcy?
Trwa czuwanie, podczas którego coraz wyraźniej wyczuwa się wzrastające napięcie oczekiwania. Mszy świętej o godzinie 15.00 na jasnogórskim szczycie przewodniczy Ksiądz Kardynał Henryk Gulbinowicz. Z wałów, pośród zgromadzonych kleryków, zakonników, i sióstr zakonnych wyraźnie widoczne dwa transparenty: "Rok I MWSD Henryków – Wrocław" i "Pozdrawiamy Cię Ojcze Święty – MWSD Wrocław".
Gdy po zakończeniu liturgii nad Jasną Górę zaczynają nadlatywać śmigłowce, plac szaleje. Nigdy chyba żaden z wojskowych pilotów nie cieszył się takim przyjęciem – nikt nie wie, w którym helikopterze jest papież, więc wszystkie sześć witanych jest z rosnącą owacją. Dopiero na telebimie okazuje się, że to ten biały, z napisem. Rzut oka w aparat, czy akurat ten udało się uchwycić...
Ojciec Święty udał się najpierw do kaplicy. Tam wypełnił wolę swojego poprzednika – i własne pragnienie serca: przekazał Matce Bożej złotą różę, którą Paweł VI chciał złożyć na Jasnej Górze w 1966 roku. Wtedy władze mu nie pozwoliły – dziś druga już złota róża przyozdobi cudowny obraz.
Po chwili Papież ukazał się na szczycie. Nabożeństwa majowe to polska tradycja – może więc papież przewodniczył mu po raz pierwszy? Stojąc przy kopii cudownego obrazu Benedykt XVI jeszcze raz wezwał, by wiary uczyć się od Maryi – "Maryja podtrzymywała wiarę Piotra i apostołów w wieczerniku, a dziś podtrzymuje Ona moją i waszą wiarę" – mówił.
Po nabożeństwie jeszcze krótkie spotkanie z paulinami – nie pierwsze, kardynał Ratzinger był tu już dwa razy. Na pamiątkę papież zabrał podarowaną mu kopię jasnogórskiej ikony.

Dziękuję wam za wizytę,
którą zechcieliście mi złożyć tego wieczoru!

W Krakowie od symboli uciec nie sposób. Tu każdy kamień naznaczony jest śladem Jana Pawła II, każde miejsce związane z jego osobą. Benedykt jest tego świadomy. Nieprzypadkowo Kraków stanowi najdłuższy etap jego pielgrzymki. Wawel, Błonia, Łagiewniki, okno... Właśnie od tego okna w Krakowie wszystko się zaczęło...
Pod "papieskim oknem", z którego Jan Paweł II podczas każdej swojej pielgrzymki rozmawiał z młodzieżą, trwało czuwanie. Po przylocie z Częstochowy papieski program nie przewidywał już, co prawda, żadnych wydarzeń, jednak nie tylko "dobrze poinformowani" wiedzieli, że tego wieczora jeszcze coś może – musi? – się wydarzyć. Kiedy tylko spóźniony Papież wjechał w bramę Domu Arcybiskupów – "jakby się kto pytał, Franciszkańska 3!, przypominał Jan Paweł II – młodzi stojący na przeciwległym placu postanowili nie pozwolić mu od razu pójść spać. "Benedetto", "Chodź do nas", a kiedy oczekiwanie się przedłużało – "Kardynale, puść papieża!!!" – rozlegało się aż po krakowski Rynek. Puścił. Benedykt XVI przemówił do młodzieży po polsku i po włosku. Mówił o Janie Pawle II, który "pomimo śmierci – jest między nami młody w Bogu." Zachęcał do modlitwy za tych, którzy zajmują się sprawą jego beatyfikacji, prosił, by zanieść jego błogosławieństwo krewnym i przyjaciołom.
Zanieśli. Ale nie od razu. Jeszcze długo po północy słychać było "pod oknem" Barkę, modlitwy, okrzyki.

Tutaj wszystko się zaczęło
Nie mogło zabraknąć Benedykta w Wadowicach. W skupieniu oglądał mieszkanie, w którym wychował się Karol Wojtyła, modlił się jak on przy chrzcielnicy w wadowickiej bazylice. Jak on też spotkał się na rynku – teraz już placu Jana Pawła II – z mieszkańcami miasta. Nie było co prawda wspomnień i uśmiechu do maturalnych kremówek, ale... papież wyraźnie odtajał. Serdeczne przyjęcie w Warszawie i na Jasnej Górze, oczekiwanie i spotkanie pod oknem zrobiły swoje. Benedykt XVI chyba zaczynał wierzyć, że także on jest tutaj u siebie – jak w 1987 roku powitał Jana Pawła II kardynał Franciszek Macharski. "Witamy Ciebie!", "Kochamy Ciebie!" – usłyszał papież. W zamian powiedział wadowiczanom, jak bardzo pragnął zatrzymać się w Wadowicach w miejscach, w których budziła się i dojrzewała wiara jego poprzednika, aby razem z nimi modlić się o rychłe wyniesienie go do chwały ołtarzy.
Ponad dwadzieścia tysięcy ludzi żegnało papieża, gdy odjeżdżał pomodlić się w Kalwarii Zebrzydowskiej.
Kalwaryjskie sanktuarium miało dla Jana Pawła II znaczenie szczególne. Tutaj kształtowała się jego wiara, tutaj – jak mówią świadkowie – wracał w trudnych chwilach swego posługiwania. Tutaj wreszcie, w 2002 roku, złożył wzruszające świadectwo wierności swemu powołaniu, gdy prosił, by Maryja pomogła mu wypełnić do końca misję, do której Bóg go powołał. Prosił też: "abyście się za mnie tu modlili, za życia mojego i po śmierci". Za Jana Pawła II, zgodnie z jego prośbą, modlił się w kaplicy Matki Bożej Benedykt XVI, modlił się też, jak później wyznał, o jego beatyfikację. "Chciałbym powiedzieć, że także ja, tak jak arcybiskup kardynał Stanisław, mam nadzieję, że Opatrzność pozwoli nam szybko na beatyfikację i kanonizację naszego drogiego papieża Jana Pawła II" – powiedział papież po włosku na zakończenie spotkania, wychodząc poza wcześniej przygotowany tekst.

W duchu przytulam was do serca!
Łagiewniki. To tutaj Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. W konsekrowanej przez niego w 2002 roku Bazylice jego następca spotkał się z chorymi, niepełnosprawnymi i ich opiekunami. Szczególne było to spotkanie. Na papieża od rana czekali chorzy – dzieci i starcy, niepełnosprawni, ich opiekunowie. Przygotowując się na spotkanie modlili się i słuchali fragmentów nauczania Jana Pawła II. O godzinie 11.00 przeżyli mszę świętą, gdy zaś papież przybył na teren Sanktuarium i udał się najpierw do kaplicy św. Siostry Faustyny modlili się koronką do Miłosierdzia Bożego.
Benedykt XVI znowu zaskoczył wszystkich. Ignorując prostą drogę do prezbiterium, wyznaczoną mu przez otoczenie, powoli przechodził wzdłuż zgromadzonych chorych, witając ich i błogosławiąc. Na dłuższą chwilę zatrzymał się przy grupie dzieci – pacjentów wrocławskiej Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej. W ojczystym języku papież rozmawiał z opiekunami i przyjął własnoręcznie wykonany przez dzieci obraz Pana Jezusa Miłosiernego. Także w powrotnej drodze papież pozdrawiał i błogosławił chorych. Zniecierpliwienie BOR-u i niektórych członków orszaku papieskiego było najlepszym dowodem na spontaniczność papieskich gestów.
I słowa. Pokrzepiające słowa o tajemnicy ludzkiego cierpienia i tajemnicy Bożego Miłosierdzia. "Wy, drodzy chorzy, naznaczeni cierpieniem ciała i ducha, jesteście najbardziej zjednoczeni z krzyżem Chrystusa, a równocześnie jesteście najbardziej wymownymi świadkami miłosierdzia Bożego. Dzięki wam, przez wasze cierpienie On z miłością pochyla się nad ludzkością" – mówił papież. Podziękował też opiekunom: "Ręce ludzi, którzy wam pomagają w imię miłosierdzia, niech będą przedłużeniem tych Bożych dłoni" – powiedział.

Staję dzisiaj wśród młodzieży polskiej ziemi, by mówić o domu, który nigdy nie runie, bo na skale jest utwierdzony
Przez całą sobotę w Krakowie obowiązuje jeden widoczny kierunek: na Błonia! Z dworca, z rozsianych po całym mieście parkingów ciągną w jedno miejsce strumienie pielgrzymów. Na długo przed przybyciem papieża sektory przygotowane dla młodzieży są wypełnione, kolejne grupy zajmują miejsca coraz dalej, na terenie przygotowanym już na niedzielną mszę świętą. Atmosfera przypomina... nie, ona jest taka, jak w roku 2000 na Tor Vergata pod Rzymem, jak w 1991 w Częstochowie, jak w 1989 w Santiago de Compostela. Przed przyjazdem papieża policja podaje informację: liczba pielgrzymów osiągnęła 600 000! Na Błoniach widać młodych z Polski i Niemiec, z Hiszpanii, Czech, Słowacji, Chorwacji, Włoch, Stanów Zjednoczonych... Ojcze Święty, to Twój drugi, nieoczekiwany Światowy Dzień Młodzieży!
Młodzi nie przyszli na Błonia z pustymi rękami. Przynieśli dary: księgę zobowiązań, w której na ręce papieża ślubowali "Nie biorę!" i skały – symbole "domu", który na skale ma być zbudowany. Te skały, opatrzone imionami tysięcy młodych ludzi, będą symbolem opoki: zostaną wbudowane w fundamenty powstającego Centrum Jana Pawła II.
Młodzi czują, że ten człowiek w bieli kocha ich tak samo, jak Jan Paweł II. I tak samo chcą go słuchać. Ileż analiz socjologicznych poświęcono temu fenomenowi: dlaczego młodzi, o których na co dzień mówi się, że chcą tylko niczym nieskrępowanej wolności, że żądają uwolnienia od zasad, barier i ograniczeń, przez tyle lat na wszystkich kontynentach tłumnie przychodzili słuchać Starego Człowieka, który mówił im ciągle o tym samym: o Bogu, o pięknej, ale wymagającej miłości Boga do człowieka, o wierności zasadom, o przemijalności ułudy i niebezpieczeństwach hedonizmu? Pewnie z tego samego powodu, dla którego młodzi z pewnym niesmakiem przyjęli infantylne i naiwne miejscami show serwowane im w oczekiwaniu na przyjazd Benedykta XVI, a z uwagą w skupieniu wysłuchali jego wcale nieprostych słów: Dlatego, że oni chcą słuchać, jeżeli ktoś traktuje ich poważnie i ma im coś do powiedzenia. Dlatego, że wbrew obiegowym opiniom, oni naprawdę chcą nie tylko mieć, ale i być, że chcą budować dom swój na skale.
"Pragnienie domu jest niczym innym jak tęsknotą za życiem pełnym, szczęśliwym, udanym. Nie lękajcie się tej tęsknoty! Nie uciekajcie od niej! Niech was nie zniechęca widok domów, które runęły, pragnień, które obumarły. Bóg Stwórca, dając młodemu sercu ogromną tęsknotę za szczęściem, nie opuszcza go w mozolnym budowaniu domu, któremu na imię życie" – mówił Benedykt XVI. I ostrzegał: "Jezus niejednokrotnie jest ignorowany, jest wyśmiewany, jest ogłaszany królem przeszłości, ale nie teraźniejszości, a tym bardziej nie jutra, jest spychany do lamusa spraw i osób, o których nie powinno się mówić na głos i w obecności innych. Jeśli w budowaniu domu waszego życia napotykacie na tych, którzy pogardzają fundamentem, na którym budujecie, nie zniechęcajcie się! Wiara mocna musi przejść przez próby. Wiara żywa musi ciągle wzrastać. Nasza wiara w Jezusa musi często się konfrontować z niewiarą innych, by pozostać naszą wiarą na zawsze".
Te słowa nie są łatwe. Ale młodzi ich oczekiwali. Przyjęli je. Nie było pustych oklasków i przerywania papieskiego przemówienia. Były brawa – bo sześćset tysięcy ludzi nie potrafi inaczej okazać swojej akceptacji. Były dokładnie tam, gdzie powinny być. Rzecznik Stolicy Apostolskiej, dr Navarro-Valls powie później, że nie spodziewał się tak uważnego odbioru papieskich nauk przez setki tysięcy wiernych obecnych w miejscach kolejnych uroczystości. Krakowskie Błonia w sobotni wieczór na pewno były jednym z tych miejsc.

Jesteśmy wezwani,
by stojąc na ziemi,
wpatrywać się w niebo

I znowu Błonia, wypełnione po brzegi. Na placu modlitwy pozostali młodzi po nocnym czuwaniu, zaś od rana dołączali do nich pielgrzymi zdążający na Mszę świętą z Papieżem.
Także i tutaj powracał duch Jana Pawła II. Błonia zawsze były miejscem jego szczególnych spotkań z ukochanym Krakowem.
Tutaj Benedykt XVI wygłosił do Polaków piękną i głęboką homilię o dwóch rzeczywistościach ludzkiej natury: o człowieku, który winien mocno stać na ziemi, ale wpatrywać się w niebo. Pokazał, że wyrastamy i stoimy na ziemi, jednak ostatecznym przeznaczeniem człowieka jest niebo.
Tutaj papież prosił nas, abyśmy skarbem wiary dzielili się z innymi narodami Europy i abyśmy modlili się za niego, by wypełnił misję powierzoną mu przez Chrystusa.
Jeszcze długo po zakończeniu mszy i odmówieniu południowej modlitwy Regina Coeli grupy pielgrzymów zatrzymywały się przy papieskim ołtarzu...

"Nie jestem tu, aby razem nienawidzić, lecz by razem miłować"
Na ten punkt papieskiego programu czekały przede wszystkim zagraniczne media. Czekały jak na sensację, zastanawiając się co powinien, a czego nie powinien zrobić lub powiedzieć papież.
A papież czuł potrzebę bycia w miejscu, w którym człowiek zaprzeczył wszystkiemu, co istotne i ważne. Zaprzeczył sobie i Bogu. I stanął w nim w sposób prosty i bezpretensjonalny, wynikający z głębokiej wiary, że następca Piotra powinien spróbować odpowiedzieć w tym miejscu na pytania, które zadaje sobie chyba każdy człowiek odwiedzający były niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz – Birkenau.
Kiedy Benedykt XVI stanął pod pomnikiem w Birkenau, znak dał sam Bóg – tak komentowali to nazajutrz nie tylko dziennikarze... Deszczowe niebo przejaśniło się, zaświeciło słońce. Na niebie pojawiła się wspaniała tęcza – biblijny znak przymierza Boga z ludźmi. Oczywiście, że można mówić o przypadku...
W miejscu zbrodni, w 60 lat po niej, papież mówił o winie i pojednaniu, o tajemnicy Boga i historii. Dobrze, że i tutaj powiedział o przyszłości: "Bogu niech będą dzięki, że oczyszczanie pamięci, do którego wzywa nas to miejsce, rodzi tu także wiele inicjatyw, które mają na celu przeciwstawianie się złu i przyczynianie się do budowania dobra". Wymienił Centrum Dialogu i Modlitwy, franciszkańskie Centrum Św. Maksymiliana, Międzynarodowe Centrum Nauczania o Auschwitz i Holokauście, Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży, kontemplacyjny klasztor sióstr karmelitanek, Oświęcimską Akademię Praw Człowieka. Dobrze, byśmy idąc za papieskim wskazaniem z tragicznej przeszłości czerpali naukę na przyszłość, a nie tylko natchnienie do rozdrapywania ran.
Pięknie dali temu wyraz byli więźniowie obozu. Po spotkaniu z Benedyktem XVI mówili o przebaczeniu, o tym, że 60 lat po wojnie nie czas rozliczać krzywdy i zastanawiać się, kto kogo w jakiej kolejności powinien przeprosić. Oni już wybaczyli – inaczej nie mogliby normalnie żyć. Dla nich było ważne, że papież stanął tutaj, że z nimi i za nich się modlił. Wystarczyła im sama jego obecność.

To pielgrzymowanie w jakiś sposób jeszcze bardziej zbliżyło mnie do was
W czasie, gdy Benedykt XVI był jeszcze w Oświęcimiu, w podkrakowskich Balicach trwały już przygotowania do pożegnania. Były nie tylko oficjalne delegacje i kompania reprezentacyjna, byli krakowiacy i górale, był nawet lajkonik! Wszyscy chcieli podziękować następcy Jana Pawła II za obecność i pielgrzymkę jego śladami.
Z niepokojem wszyscy patrzyli w niebo. Papież spóźnił się na lotnisko ponad półtorej godziny i nie trafił niestety w lukę pomiędzy kolejnymi chmurami... Przed strugami deszczu oczekujący biskupi chronili się w podstawionych naprędce lotniskowych autobusach – tylko żołnierze nie mogli poruszyć się ani o milimetr...
"Polska żegna Cię, Polska dziękuje Ci!" – usłyszał papież przejeżdżając wzdłuż zgromadzonych na lotnisku kilku tysięcy wiernych. Sam mówił o swojej wdzięczności za serdeczne przyjęcie, za modlitwę Polaków, która towarzyszy mu od chwili wyboru. Wyznał, że dzięki pielgrzymowaniu po polskiej ziemi czuje się nam bliższy. Wezwał też Polaków do wierności: "Proszę was, abyście pozostawali wiernymi strażnikami chrześcijańskiego depozytu, byście go strzegli i przekazywali następnym pokoleniom".
Kolejny zbieg okoliczności: gdy papieski samolot zaczął kołować na pas startowy, była godzina 21.37. Po kolejnych 11 minutach koła maszyny oderwały się od ziemi.

Dzień po...
Pozostały nam w pamięci obrazy, pozostały słowa. To, co przekazał Polakom Benedykt XVI, jeszcze przez długi czas będzie owocowało, będzie stanowiło program duszpasterski dla polskiego Kościoła. Tak było też po każdej pielgrzymce Jana Pawła II do ojczystego kraju.
Według przeprowadzonej w dzień po wyjeździe papieża ankiety, pielgrzymka spełniła oczekiwania 72% pytanych. Nie spełniła 13%, a 15% nie miało na ten temat swojego zdania. Z papieżem spotkało się ponad dwa i pół miliona Polaków, prawie 10 milionów śledziło przebieg pielgrzymki w telewizji.
A Benedykt? Sposób, w jaki przebiegła pielgrzymka do Polski, dla niego samego był nadzwyczajną niespodzianką – powiedział KAI dr Joaquin Navarro-Valls, dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej. Benedykt XVI mówił mu, że nigdy nie spodziewał się tak gorącego i entuzjastycznego przyjęcia ze strony Polaków.
Polacy chcieli przyjąć i słuchać papieża. Wielu z nas zaskoczył. Zmienił się wizerunek Benedykta XVI ukształtowany dotąd przez media, które często przeciwstawiały "chłodnego i zdystansowanego" Benedykta "ciepłemu i bezpośredniemu" Janowi Pawłowi II. Papież okazał się serdecznym, ciepłym, bezpośrednim człowiekiem.
Jak powiedział po zakończeniu pielgrzymki kard. Stanisław Dziwisz, daliśmy świadectwo wielkiej kultury i wielkiej wiary.

Parafrazując zatem papieskie pożegnanie: Do zobaczenia w Rzymie! A jeżeli Pan Bóg pozwoli, to również jeszcze w Polsce!