Kwiecień 2002

Pascha Izraelitów i Wielkanoc chrześcijan
ks. Mariusz Rosiki

Zmartwychwstanie Pańskie w witrażu wrocławskim
Danuta i Tomasz Lesiów

Pier Giorgio Frassati - święty roześmiany
Agnieszka Tarnawska

Unia Europejska - wilk czy jagnię?
Kazimierz F. Papciak SS.CC.

Polacy w Niemczech
Rozmowa z Aleksandrem Zającem - przewodniczącym Konwentu Organizacji Polskich w Niemczech

Czy zdrowie za wszelka cenę?
Tomasz Bojanowski

Dawno i nieprawda?
Romuald Lazarowicz

Straceni na Dolnym Śląsku w latach 1945-1956
Wojciech Trębacz

Feliks Koneczny i jego nauka historii
Piotr Sutowicz

O Moniczce, rodzinie i Panu Bogu
Lidia Popielewicz

Jak kochać dziecko?
Katarzyna Żytniewska

Werbiści w Moskwie


Jak się nazywają przedmioty używane podczas Mszy św. i innych nabożeństw?
ks. Jarosław Grabarek




Strona główna

Archiwum

Pier Giorgio Frassati - święty roześmiany
Agnieszka Tarnawska


Beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II Pier Giorgio Frassati - zmarły w wieku zaledwie 24 lat Włoch ukazywany jest jako wzór dla współczesnej młodzieży. Jego życie, pobożność i wiara wymykają się spod konwencjonalnych okreś-leń. Nie był on ani zakonnikiem, ani księdzem. Młodzi ludzie mogą odnaleźć w tej postaci przykład życia świeckiego chrześcijanina oddanego do końca Bogu i własne-mu powołaniu. Kim był Pier Giorgio Frassati?

Urodził się w Turynie w Wielką Sobotę 6 kwietnia 1901 roku. Jego rodzice byli ludźmi bardzo zamożnymi - ojciec Alfredo Frassati był założycielem i właścicielem dziennika "La Stampa", później natomiast mianowany został senatorem Królestwa Włoch i ambasadorem Italii w Berlinie. Funkcje te pełnił do roku 1922, kiedy to władzę we Włoszech objął Benito Mussolini.

Matka Piera - Adelaide z domu Ametis, była malarką. Jej obrazy prezentowane były na wielu wystawach. Nie była ona osobą głęboko wierzącą. Pobożność pani Frassati wynikała bardziej z rodzinnej tradycji niż z autentycznej wiary. Senator był natomiast liberałem i antyklerykałem, choć nigdy nie walczył z Kościołem.

Pier Giorgio nie był jedynym dzieckiem w rodzinie. Miał młodszą o półtora roku siostrę Lucianę, która zawsze była jego najlepszą przyjaciółką. W 1925 roku Luciana poślubiła polskiego dyplomatę Jana Gawrońskiego.

Co w życiu tego młodego człowieka było tak bardzo niezwykłe? Prawdę mówiąc - wszystko. Wychował się on w bardzo specyficznej rodzinie. Pani Frassati stosowała wyszukane metody wychowawcze wobec swoich dzieci. Przygotowywane były one od najwcześniejszych lat do różnego rodzaju niedogodności i wyrzeczeń. Luciana Frassati wspomina między innymi po latach, że w ich domu, gdzie nie brakowało nigdy niczego, z powodu dziwnych zwyczajów, gościł czasami głód. Dlaczego? Otóż dzieci spożywały posiłki tylko o wyznaczonych porach dnia i nie mogły częstować się, gdy były głodne, stojącymi na stole owocami i słodyczami.

Mały Dodo - jak mówił o sobie w dzieciństwie Pier - i jego siostra zabierani byli często na wycieczki górskie. Maszerowali przez kilka godzin szlakami, które trudne były także dla dorosłych. Być może jednak podczas tych wypraw Giorgio pokochał góry.

Rodzice kochali swoje dzieci, jednak nie rozumieli ich. Zwłaszcza syn był dla nich zagadką, której nie rozwiązali do końca jego życia. Nie znali go po prostu i nie wiedzieli, czym kierował się w swoim postępowaniu. Dlatego traktowany był on jak dziecko nieudane, które nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Najczęściej odnoszono się do niego z lekceważeniem. Gdy spóźniał się na posiłek, co zdarzało mu się dość często, słyszał od matki naganę, której podtekst mówił "ty, który i tak jesteś do niczego, mógłbyś przynajmniej zdobyć się na punktualność". A jednak senator Frassati tak zwierzył się kiedyś jednemu ze swoich podwładnych: On mnie onieśmiela, jakbym stał wobec kogoś starszego od siebie. Nie wiem, co to jest, ale powtarzam, czasem mnie onieśmiela. Innemu zaś wyznał: Nigdy od nikogo nie przyjmowałem rozkazów, nawet od Giolittiego. Jedyną osobą, która ma nade mną władzę, jest mój syn.

Istnieje pewien stereotyp, że święty powinien być ideałem w każdej dziedzinie. W przypadku Pier Giorgia tak jednak nie było. Miał on również swoje słabe strony. Nauka przychodziła mu z trudem. Nie był najlepszym uczniem. Dwa razy nie zdał do następnej klasy, co jednak wyszło mu na dobre, bowiem matka chcąc zaoszczędzić chłopcu przykrości postanowiła przenieść go do Instytutu Społecznego prowadzonego przez ojców Jezuitów. Tam miał możliwość zaliczenia dwóch klas w jednym roku. Za namową wychowawcy rozpoczął wówczas praktykę codziennej Eucharystii.

Od młodzieńczych lat Giorgio należał do różnych stowarzyszeń. Był członkiem Apostolstwa Modlitwy, mając siedemnaście lat zapisał się do Konferencji św. Wincentego a Paulo. Praca w niej polegała na systematycznej pomocy najuboższym. Trzeba podkreślić, że ten młody człowiek od dziecka wykazywał wrażliwość na ludzką nędzę. Oddawał biedakom swoje oszczędności, zatrzymywał ich, by dać im coś do jedzenia. Mały chłopiec potrafił kobiecie z bosym dzieckiem na ręku dać swoje buciki i pończochy. Teraz więc, jako młodzieniec, co tydzień obładowany paczkami z żywnością i lekarstwami wędrował do najbiedniejszych dzielnic Turynu, by ich mieszkańcom nieść pomoc. Jednak dawał nie tylko najpotrzebniejsze produkty, lecz także swój uśmiech, radę, zainteresowanie. W "La Stampie" ukazywały się ogłoszenia z prośbą o zatrudnienie, które podsyłał pracownikom gazety do druku Pier Giorgio w imieniu swoich ubogich przyjaciół. Wiele osób dziwiło się, że ten przystojny chłopiec z bogatej rodziny zajmuje się taką działalnością, on zaś odpowiadał im: Jezus przychodzi do mnie w Komunii św. każdego dnia, a ja odwdzięczam Mu się za to w dostępny mi, skromny sposób odwiedzając Jego biedaków.

Opieka nad ubogimi była jakby głównym polem działalności Błogosławionego, ale nie jedynym. O sprawiedliwość społeczną walczył on również na płaszczyźnie politycznej. Jako student Politechniki Królewskiej w Turynie wstąpił do Włoskiej Partii Ludowej. Należał również do Uniwersyteckiej Federacji Katolików Włoskich ( FUCI ) oraz Włoskiej Młodzieży Katolickiej ( GCI ). Brał udział w wielu manifestacjach religijnych, co wówczas było narażeniem się na zniewagi ze strony komunistów, później zaś faszystów.

Przez cały ten czas Pier Giorgio pogłębiał swoją wiarę poprzez czytanie pism Ojców Kościoła. Szczególnie ukochał Listy św. Pawła. Jego Hymn o miłości nosił zawsze przy sobie. Bardzo chciał zostać misjonarzem, lecz przeszkodził temu zamiarowi gwałtowny opór ze strony matki. Dlatego też studiował na wydziale Inżynierii Górniczej. Twierdził, że chce nieść Chrystusa górnikom ciężko pracującym pod ziemią. Marzenie Pier Giorgia o kapłaństwie zostało jednak w pewnym sensie spełnione. W 1922 roku wstąpił on do III Zakonu św. Dominika przyjmując imię Girolamo ( Hieronim ) na cześć Savonaroli - średniowiecznego mnicha walczącego z zepsuciem w społeczeństwie.

Góry, góry... kocham was. Tak, syn senatora Frassatiiego rzeczywiście bardzo ukochał góry. W każdą wolną niedzielę pokonywał w niewielkim gronie przyjaciół szlaki, które nieraz prowadziły na wysokość ponad 3000 m n.p.m. Tam - jak pisał do matki - oddychał świeżym powietrzem i podziwiał wielkość Stwórcy. Tam też radował się cennym darem przyjaźni. W latach studenckich założył wraz z grupą wypróbowanych przyjaciół klub pod nazwą "Stowarzyszenie Ciemnych Typów". Jego członkowie - drabowie i drabinki przyjęli za cel apostolat wiary i modlitwy.

I ufamy że ta Wiara, którą otrzymaliśmy na Chrzcie Świętym, która uczyniła z nas wspólników w pięknych wyprawach w Alpy, będzie towarzyszyć nam do ostatniego dnia naszej ziemskiej wędrówki i będzie służyć, za pośrednictwem modlitwy, do duchowego cementowania wszystkich Ciemnych Typów, rozsianych po całej ziemi - pisał Pier Giorgio do Laury Hidalgo - jednej z drabinek.

Każdy, kto widział radosnego Pier Giorgia, który za swoje kawały w latach szkolnych był wyrzucany z lekcji mógł pomyśleć, że jest on po prostu wesołkiem. W istocie tak było. W " Stowarzyszeniu Ciemnych Typów" istniała sekcja "Terror", której hasłem było zawołanie: Terror omnia vincit! Należał do niej i nasz Błogosławiony, który pod pseudonimem Robespierre miał za zadanie wymyślać różne dowcipy i niegroźne psikusy. Znajomi mówili o nim również "Fracassati". Przezwisko to pochodzi od włoskiego słowa fracasso, które oznacza hałas. Jednym ze sposobów wyrażania radości był dla Pier Giorgia śpiew. Miał on donośny głos, jednakże... Oto, co mówi o jego śpiewie jeden z przyjaciół: Bardzo lubił śpiewać, ale fałszował okropnie. Gdy ktoś w kościele zwrócił mu uwagę, że fałszuje, odpowiedział: "Trudno, ważne jest śpiewać". Śpiewał za czterech wydzierając się tak, że musieliśmy zatykać uszy.

Tak, modlitwa była nieodłączną częścią dnia Pier Giorgia. Rano wymykał się na Mszę świętą, codziennie odmawiał różaniec. Uczestniczył też często w nocnych adoracjach Najświętszego Sakramentu. Traktował je w dość ciekawy, charakterystyczny dla siebie sposób. Twierdził, że jeżeli nad dawnymi królami czuwały zawsze nocne straże, to Chrystus jako Król królów tym bardziej powinien mieć swoich strażników.

To wiara, o której mówił, że jest granitową podstawą pomagała przezwyciężać mu trudności. A miał ich wiele. Jego rodzice, którzy nigdy nie byli szczęśliwym małżeństwem, dążyli do legalnej separacji. Kto wie, ile Pier Giorgio modlił się za swojego niewierzącego ojca? Do swojego przyjaciela, Izydora Boniniego pisał: Z każdym mijającym dniem coraz bardziej się przekonuję, jak okropny jest świat, ile w nim jest nędzy i jak ciężko cierpią dobrzy ludzie, podczas gdy my, których Bóg obdarzył wieloma łaskami, niestety, źle na nie odpowiedzieliśmy. Straszna to prawda, pęka mi od niej głowa, gdy siedzę nad książkami.

List ten pochodzi z okresu, w którym Pier przeżywał swoją jedyną, lecz nieszczęśliwą miłość. Jego wybranką była sekretarka Ciemnych Typów Laura Hidalgo. Frassati unikał okazywania jej swoich uczuć - Laura nic o nich nie wiedziała. Aby wybadać, czy dziewczyna spodoba się rodzicom, młody człowiek postanowił za pośrednictwem siostry zaprosić ją i inną jeszcze koleżankę do siebie na obiad. Jednakże reakcja pani Frassati przesądziła o wszystkim. Uznała ona Laurę za zbyt gadatliwą i pozbawioną wszelkiego wdzięku. Ona także nie wiedziała nic o uczuciach syna. Pier Giorgio nie chcąc sprzeciwiać się matce, której nerwy i tak były już mocno nadszarpnięte ciągłymi kłótniami z ojcem postanowił, że jeśli nie można osiągnąć celu, trzeba stłumić w zarodku to, co dobrze kierowane przyniosłoby ogromne dobrodziejstwa, inaczej jednak - tylko cierpienie.

Tuż przed ostatnim egzaminem, który dzielił Giorgia od dyplomu inżyniera, wystąpiły u niego pierwsze objawy dziecięcej choroby Heinego Medina. Zaraził się nią najprawdopodobniej od jednego ze swoich ubogich podopiecznych. Ostatnie dni upłynęły mu w zupełnej samotności, gdyż cała rodzina zajęta była wtedy umierającą babcią. Był to czas naznaczony również niezrozumieniem. Pier nie skarżył się na potworny ból mięśni nie chcąc przysparzać zmartwień, dlatego też wszyscy uznali jego chorobę za zwykłą grypę a lekarz, który zaszedł do Giorgia stwierdził u niego bóle reumatyczne. Gdy babcia Ametis zmarła, matka wyrzucała choremu, że nie ma go, gdy jest najbardziej potrzebny nie wiedząc, że jej syn w nocy z trudem dowlókł się do pokoju babci upadając przy tym kilka razy. Śmiertelna choroba była dla wszystkich tajemnicą do dnia pogrzebu babci. Kiedy cała rodzina pojechała do odległego od Turynu o ok. 40 km Pollone, gdzie znajdowała się willa rodziny Ametis, by tam pochować zmarłą, pani Frassati pozostała w domu, gdyż źle się czuła. Była po prostu przemęczona. Dobrze, że tak się stało, gdyż wtedy nawiązała się najserdeczniejsza chyba rozmowa między matką a synem. Rozmawiali o kwiatach w Pollone, które hodowała babcia, snuli wspomnienia z przeszłości. Zmęczony nieprzespanymi z powodu choroby nocami chłopiec zapytał, kiedy przyjdzie wezwany lekarz. Dr Alvazzi przyszedł w dobrym humorze. Pytał o plany przyszłych wycieczek, jednak gdy zaczął badać pacjenta jego twarz się zmieniła. Rozpoznał paraliż narządów wewnętrznych.

Nie pomogły konsultacje innych lekarzy, surowica z instytutu Pasteura w Paryżu, która była ostatnią nadzieją na uratowanie młodego życia, przybyła za późno. Pier Giorgio Frassati odszedł w sobotę 4 lipca 1925 roku. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. W pochodzie żałobnym szli obok siebie przedstawiciele władz włoskich oraz całe rzesze biedaków, którzy stracili swojego opiekuna. Dopiero tego dnia pp. Fras- sati dowiedzieli się, kim naprawdę był ich syn.

Przykład życia bł. Pier Giorgia Frassatiego pokazuje, że może być świętość roześmiana, żyjąca pełnią sił, które ofiarowuje potrzebującym. Ten młody człowiek był dokładnie taki sam, jak jego rówieśnicy. Niczym się od nich nie różnił. Jednakże jego życie przepełnione było obecnością Boga. Frassati zdawał sobie sprawę ze swoich wad i niedociągnięć, których nikt przecież nie jest pozbawiony. Wydał im jednak walkę, którą wygrał - w końcu był sportowcem. Nieustannie wspinał się w górę, dążył do osiągnięcia szczytu i ten szczyt został mu dany. Pokazał, jak przeżyć młodość z całym jej bogactwem i pięknem.


Agnieszka Tarnawska